Ta strona nie może być wyświetlana w ramkach

Przejdź do strony

Ziemia Rzymu (opowiadanie)


Paja Jovanovic, Furor Teutonicus

Opowiadanie Pani Joanny Morgan – pasjonatki kultury antycznej – która w wolnych chwilach pisze opowiadania umiejscowione w świecie antycznego Rzymu. Poniższa opowieść zaczyna się od klęski pod Arausio i przede wszystkim opowiada o konflikcie pomiędzy Gajuszem Mariuszem a Lucjuszem Korneliuszem Sullą.


Na tę chwilę opublikowany został fragment utworu. Autorka stopniowo będzie podsyłała dalsze części. Zachęcam do czytania.

Prolog


Morze ludzi zalało piękną, mieniącą się wszystkimi odcieniami zieleni dolinę.

Ta ludzka chmura zdawała się nie mieć ani początku ani końca. Mężczyźni, kobiety i dzieci wędrowali przez bezkresne połacie ziemi:jedni na piechotę, drudzy na koniach, jeszcze inni na wozach. Za wozami prowadzili powiązane bydło; w klatkach na wozach pełno było różnej maści ptactwa i drobiu. Wędrowcy wyglądem różnili się od miejscowych. Odziani byli w długie płaszcze lub opończe; nogi mieli przewiązane szmatami, aby chroniły ich przed zimnem i niewygodami podróży. Szczególnie wyróżniało ich uczesanie. Zarówno kobiety jak i mężczyźni nosili długie włosy. Zwłaszcza mężczyźni często zaplatali warkocze z boku głowy.

Zdawało się, że ta chmura ludzi wypełni sobą całą przestrzeń. Były ich setki, za jedną kolumną ciągnęła następna.

Kim byli? Dokąd zmierzali? Tego nie wiedział nikt.

Jak większość ludów Północy uciekali przed zimnem i głodem. Ciągnęli na południe, przeszli krainę nazywaną przez miejscowych Galią, otarli się o równiny Hiszpanii, a teraz za cel obrali sobie ziemi italskie.

Stara kapłanka wylała na kamień krew świeżo zabitego zwierzęcia. Wszyscy skupili się wokół niej w milczeniu. Czekano w napięciu na jej słowa. Wojownicy, wodzowie, kobiety i dzieci. Ona podniosła rękę do góry i wskazała im drogę na południe. Bogowie zdecydowali. Tam znajdą nowy dom:pola do uprawy, żyzne i obfite jak nigdzie indziej. Nie lękali się. Wierzyli w to, że bogowie ich ochronią. Nie słuchali przejezdnych kupców, którzy ostrzegali ich przed potężnym państwem na południu i jego niezwyciężonymi legionami. Czyż kiedyś nie pokonali tych legionów? Teraz mogą je zetrzeć z powierzchni ziemi. Cóż to za państwo, które nie ma wodza, tylko rządzi za pomocą rady. Oni jako lud udowodnią, że zamieszkają na tych ziemiach.

I pewna siebie kolumna ruszyła w dalszą drogę.

Tym ludem byli Cymbrowie.

Rozdział pierwszy. Szyderstwo bogów


Z tysięcy gardeł barbarzyńskich wojowników wyrwał się jeden krzyk, który niesiony po całej dolinie ogłuszał zastępy rzymskich legionistów. Stali oni nieruchomo, niczym postaci wyrzeźbione w skale, nie będąc w stanie się poruszyć ani oderwać oczu od nadciągającej chmary rozszalałego, ludzkiego żywiołu. Barbarzyńcy byli wszędzie. Spadali na zaskoczonych Rzymian niczym szarańcza, która pustoszy pola rolnikom. Zeskakiwali z drzew, wyłaniali się zza wzniesień, wyrastali jakby spod ziemi. Ich uderzenia były niemiłosierne. Poczęli siać spustoszenie w zdyscyplinowanych szeregach Rzymian, którzy nie zdążyli stanąć w zwyczajowej formacji. Nie wiadomo co było bardziej przerażające:szybkość napastników z jaką dziesiątkowali przeciwnika, ich oszalała skuteczność czy krzyk, który przeraziłby każdego aż do szpiku kości. Krzyk płoszący konie, mrożący krew w żyłach.

Fala Germanów niczym wezbrana rzeka dotarła do triarii, podczas gdy Rzymianie na próżno próbowali odeprzeć atak. W tym chaosie bogów wojny, równina coraz bardziej pokrywała się rzymskimi ciałami.

– Do mnie – jeden Rzymianin skupił wokół siebie część żołnierzy. Jego głos nie przypominał już ludzkiego głosu, ale ryk zwierzęcia, które w panice pragnie za wszelką cenę wyrwać się z tego teatru śmierci.

– Do mnie – nawoływał raz po raz. Niektórym żołnierzom udało się dotrzeć do niego. Ale już po chwili barbarzyńcy praktycznie zepchnęli ich nad wodę. W pełnym rynsztunku, z ciężkimi napierśnikami i zbroją, nie mogli znaleźć w rzece wybawienia, ale pewną śmierć. Mimo tego zagrożenia, jeden po drugim wpadali w jej odmęty. Konie topiły się, legioniści próbowali zrzucić zbroję, wielu od razu szło na dno. Na innych, którzy zdążyli się wyswobodzić, czekał wróg, bezwzględnie wykorzystujący te chwile przeznaczone na ratunek. Rzeka zabarwiła się czerwienią, a brzeg zaścielił się trupami. Części ciał i wnętrzności mieszały się z porozrzucanymi w nieładzie zakrwawionymi napierśnikami i hełmami.

Jeden z rzymskich oficerów nie uląkł się barbarzyńskiego żywiołu. Torował drogę umożliwiając odwrót garstki swoich żołnierzy. Z łatwością wyswobodził się z napierśnika i odpierał razy nacierających na niego przeciwników. Ale i on był skazany na porażkę. W pewnym momencie strzała ugodziła go w udo. W ślad za nią posypały się następne. Zawisł przez chwilę na swoim rumaku, a później niczym tytan strącony w otchłań, runął w odmęty rzeki. W całej dolinie zabrzmiał dziki krzyk zwycięzców, którzy ruszyli w pościg za niedobitkami.

Łódź sunęła powoli.

Ciemnoniebieska toń wody odbijała stalowoszare, gniewne sklepienie niebios na swojej tafli. Cała okolica tonęła w niemym, niepokojącym oczekiwaniu. Ciemnobrunatne kształty, ukryte w przybrzeżnym sitowiu, poderwały się do lotu i wzbudziły niepokój wśród dwóch skulonych cieni na łodzi. Dwaj mężczyźni, otuleni w grube opończe rozpoznali wśród tych kształtów miejscowe ptaki. Obaj jednocześnie odetchnęli z ulgą. Tym razem to nie był wróg.

Łódź posuwała się do przodu, a oni śledzili brzegi rzeki z coraz większym niepokojem.

W pewnym momencie uwagę jednego z nich przykuł pewien punkt w niedalekiej odległości

– Tam coś jest – wyszeptał jeden z mężczyzn. Obaj zaczęli się wpatrywać we wskazany punkt.
– Lepiej wracajmy, Marku – powiedział drugi z mężczyzn.
– Na wszystkich bogów podziemia – wyszeptał z rosnącym przerażeniem Marek – To człowiek.

I wskazał punkt w niedalekiej odległości. Chwycili wiosła w ręce i zaczęli przybliżać się do tego miejsca… Im bardziej się zbliżali, tym większe przerażenie wzbudzał w nich ten widok. Na niewielkiej kłodzie drewna, zaczepionej o przybrzeżne szuwary, leżało ludzkie ciało. Zwiadowcy byli pewni, że człowiek ten nie żyje. Podpłynęli do niego zupełnie blisko. Pod mazią błota przemieszanego z krwią dostrzegli Rzymianina. Na ramieniu widniał ślad po cięciu, a z tułowia i prawej nogi wystawały strzały barbarzyńców.

– Straszna śmierć – powiedział młodszy z mężczyzn.
– To ktoś z obozu Serwiliusza Caepio – zauważył Marek.- Popatrz, Filipie! Tam!

W górze rzeki, tuż przy wzgórzu unosił się ciemny dym. – To obóz Serwiliusza. Barbarzyńcy go zaatakowali. Musimy jak najszybciej dać znać co się stało.

– A co z nim? Zostawimy go tak?
– Nie godzi się. To rzymski oficer. Zasługuje na pochówek zgodny z nasza tradycją.

Z trudem wciągnęli bezwładne ciało na łódź. Marek pochylił się nad ciałem i wytarł trochę

mazi z twarzy tego człowieka.

– Na Jowisza! – wykrzyknął Marek – To Kwintus Sertoriusz!
– Kto?
– Kwintus Sertoriusz! Jeden z oficerów służących pod Serwiliuszem. Spieszmy się!

Chwycili wiosła i ruszyli w stronę, gdzie rozbił obóz konsul Maliusz Maximus. Tym razem płynęli szybko, jakby świadomi tego co mogła spowodować zwłoka. – Ten człowiek musiał płynąć pod prąd, to ktoś godny podziwu – wyszeptał z uznaniem Filip.

Ukryli łódź w szuwarach i ruszyli dalej niosąc ciało Kwintusa Sertoriusza. Nagle wydało im się, że ciało drgnęło, a do ich uszu dobiegł cichy jęk. Popatrzyli na siebie niepewnie i ostrożnie położyli Sertoriusza na trawie. – On żyje… – wyszeptał Marek badając puls rannego. – To nie do uwierzenia, ale on żyje !

Bali się teraz go dotknąć, aby nie pogorszyć jego stanu.

– Biegnij do naszego obozu, Filipie. – zdecydował Marek – Sprowadź pomoc i powiedz co widzieliśmy.

Filip niewiele myśląc, puścił się biegiem przed siebie. Marek przyglądał się Sertoriuszowi ze zdumieniem. To było nieprawdopodobne. Tyle ciosów, tyle strzał tkwiących w ciele, a jednak ten człowiek żył. Na przekór wszystkiemu! Marek wielokrotnie widywał Sertoriusza, słyszał o jego odwadze. Ale co innego było słyszeć, a co innego przekonać się o tym naocznie. Był świadom faktu, że na jego oczach wydarzyło się coś niezwykłego:oto narodziła się legenda.

Niebawem Filip powrócił w towarzystwie medyka i tragarzy. Zabrano Sertoriusza do obozu.

Konsul Maliusz Maximus wyszedł przed namiot. Był to niewysoki człowiek, o włosach mocno przyprószonych siwizną. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Zawiadomiono go już o wszystkim co donieśli zwiadowcy.

– To Kwintus Sertoriusz? – zapytał jednego ze swoich oficerów.
– Tak, panie.

Maximus pochylił się nad ciałem.

– Żyje? Jak to możliwe?
– To prawdziwy cud, że jeszcze żyje – oznajmił medyk.

Nagle Kwintus Sertoriusz chwycił za rękę starego konsula, zanim ten zdążył zrobić unik.

– Panie… ratuj nas…
– Barbarzyńcy zaatakowali was czy też Serwiliusz wydał rozkaz ataku jako pierwszy? – zapytał stary konsul. Jego twarz przybrała wyraz niezwykłej zaciętości.
– Zaatakowano was? – powtórzył z naciskiem konsul.
– Nie – padła słaba odpowiedź – Ale zaklinam cię panie, ratuj żołnierzy… oni nie są niczemu winni… Pomóż im, błagam…- ranny osłabł zupełnie. – Zabierzcie go – zdecydował Maximus- Jak on mógł tak postąpić? Teraz kiedy rozpocząłem rozmowy z barbarzyńskim wodzem. Serwiliusz wbił mi nóż w plecy – powiedział do siebie z goryczą w głosie.

Tragarze odeszli zabierając nosze ze Sertoriuszem.

Maximus wyglądał jak człowiek, którego opuściła nadzieja.

– Wy dwaj – zwrócił się do zwiadowców – zbierzcie całą grupę. Chcę wiedzieć dokładnie co tam się stało.

– Tak, panie- kiwnął głową karnie Marek.

Jeden z oficerów stojących obok Maximusa zniecierpliwił się i zapytał:

– Co zrobimy? Pomożemy im?
– Nie zamierzam narażać swoich ludzi. Prokonsul Serwiliusz wiedział co czyni. Tak bardzo pragnął sławy. Chciał pokonać Cymbrów jako pierwszy. Chciał poczuć się zwycięzcą i wkroczyć triumfalnie do Rzymu. Niech więc teraz zbiera owoce swoich działań. Sprawdzić umocnienia wokół obozu. Nie ruszymy się stąd na krok.

Jego legaci i oficerowie wiedzieli, że dalsze dyskusje były bezsensowne. Patrzyli w stronę dymu unoszącego się w oddali, który z każdą chwilą złowieszczo ciemniał w ich oczach.

Ranek wyłaniał się z mroków nocy bardzo leniwie. Na niebie pełno było cieni, które z trudem przepuszczały światło dnia. Nieznana siła wisiała w powietrzu i wyzwalała złowrogi niepokój, który niepostrzeżenie wkradał się w ludzkie serca. Od czasu do czasu spoglądano w stronę miejsca, gdzie jeszcze do niedawna znajdował się obóz Serwiliusza, a teraz czarnoszara chmura dymu pokrywała wszystko. Żołnierze czuli, że to jeszcze nie jest koniec, że wkrótce wydarzy się coś złego. Nad ranem część zwiadowców, wśród których byli Marek i Filip, powróciła do obozu. Nie mieli dobrych wieści. Liczba zabitych rosła, nie wiedziano jaki los spotkał samego Serwiliusza.
Mgła powoli przerzedzała się i wkrótce straże dostrzegły ludzkie sylwetki wyłaniające się z tej ponurej poświaty. – To pewnie reszta zwiadowców – powiedział jeden ze strażników. Nagle dostrzegli, ze w kierunku obozu leci coś, co kształtem przypominało pocisk z katapulty. Ten kształt upadł zaledwie parę metrów od bramy wjazdowej do obozu. Strażnicy zbliżyli się powoli do tego miejsca i zamarli z przerażenia. Była to ludzka głowa.
Cofnęli się błyskawicznie, natychmiast zamykając za sobą bramę. Ale w kierunku obozu ciskano coraz więcej głów, które spadały obok wejścia. Byli to wysłani zwiadowcy?
W obozie zapanował chaos. Żołnierze biegali w popłochu, centurioni i dekurioni próbowali nad nimi zapanować. W panice budzono konsula i dowódców.
– Jak to? Co się stało? – pytał zaspany Maximus – Trzeba wysłać posłów, tak…posłów…
– Konsulu, co ty mówisz?! Oni wszystkich wymordują!!
Tak szybkiego szturmu barbarzyńców nikt nie przewidział. Ani tego, ze zaatakują z różnych stron. Rozzuchwaleni niespodziewanym zwycięstwem nad Serwiliuszem, postanowili zaatakować obóz Maximusa. Legaci i dowódcy usiłowali przekrzyczeć panujący zgiełk, ale komendy ginęły w hałasie. Straży przybocznej udało się wsadzić konsula na konia i wywieźć go poza obóz.
– Osłaniajcie nas – jeden ze strażników krzyknął w stronę legionistów.
Ci legioniści, zawsze waleczni i niezłomni, walczyli do końca. Nawet w obliczu przeważających sił wroga.
– Dowódcy uciekają, ale my znamy swój honor – powiedział jeden z nich. – Pokażemy tym barbarzyńcom, ze Rzymianin może stracić życie, ale nie honor. Odpowiedział mu okrzyk, z którym legioniści zawsze ruszali do walki:
– Za Rzym, za Republikę!
Ale barbarzyńcy byli wszędzie. Wdarli się do obozu niczym wezbrana rzeka. Nacierali z dzikością zwierząt, z precyzją niespotykaną do tej pory u podobnych im ludów. Legionistów przerażał widok Cymbrów, którzy byli wyżsi od Rzymian.
Marek biegł na tyłach obozu.
Barbarzyńcy jeszcze tu nie dotarli. Służba obozowa i niewolnicy ładowali co cenniejsze rzeczy na wozy.
– Głupcy, ratujcie życie! – krzyknął w ich stronę zwiadowca. Jeden z niewolników padł tuz przed nim, z głową rozwaloną toporem, rzuconym przez jednego z barbarzyńców. Czasu nie było zbyt wiele.
– Gdzie jest Kwintus Sertoriusz? – Marek krzyknął do uciekającego medyka.
– Kto? – oczy tego ostatniego rozszerzyły się z przerażenia.
– Ten ranny? – powtórzył Marek.
– W namiocie – medyk wykonał ruch głową.
– I nie ratujesz go?
– Nie można go przenosić, bo umrze… Zresztą i tak zginie z rak barbarzyńców…Puść mnie człowieku – przerażony medyk wyrwał się z uścisku Marka i zaczął uciekać w stronę rzeki.
Marek wbiegł do namiotu i niewiele myśląc dźwignął nieprzytomnego Sertoriusza z posłania. Ranny ciążył mu bardzo, ale udało mu się przerzucić go przez ramię. Na zewnątrz rozejrzał się wokół siebie i ruszył w stronę rzeki.
– Filipie – zawołał, gdy dostrzegł znajomego zwiadowcę. – Pomóż mi!
– Dlaczego go ratujesz? On i tak nie przeżyje!
Ale Marek nie odpowiedział.
Razem dotarli do rzeki, gdzie przy brzegu ukryta była łódź zwiadowców. Marek ostrożnie ułożył na niej Sertoriusza i spojrzał w kierunku obozu. Barbarzyńcy przerwali linię oporu i rozpoczęli rzeź Rzymian. Filip odbił łódź od brzegu.
Coraz większa liczba Rzymian uciekała w nieładzie nad rzekę, a tam dopadali ich Cymbrowie. W okamgnieniu jasnoniebieska barwa wody zamieniła się w czerwoną. Filip szybko wiosłował.
– Trzeba uważać na łuczników – powiedział i umilkł gwałtownie, bo ostra strzała przeszyła powietrze obok niego. Marek przykrył swoim ciałem Sertoriusza. W stronę łodzi posypał się grad strzał…

Późnym wieczorem dotarli do chaty położonej pośrodku lasu. Starali się omijać główny trakt, na którym mogli spotkać Cymbrów.
– Jeżeli nie znajdziemy pomocy, on umrze – wyszeptał Filip. Sam był lekko ranny, jedna ze strzał zraniła go w ramię. Marek rozglądał się po mizernym obejściu. Chata była uboga, ale wydawała się zamieszkana.. Po chwili wyszła z niej kobieta. Była już stara i pomarszczona, a jej szaty przypominały odzienie żebraczki. U pasa zwisała jej sakwa i kości nieznanego zwierzęcia. Marek w okamgnieniu zrozumiał z kim mają do czynienia.
Filip z trudem oparł się o drzewo. Jego towarzysz ostrożnie ułożył Sertoriusza na ziemii.
– Pomóż nam, kobieto… Jeżeli tego nie uczynisz, on umrze…
Starucha pociągając nozdrzami, pochyliła się nad rannym:
– Życie z niego jeszcze nie wypłynęło, chociaż dawno powinno – stwierdziła -wnieś go do chaty. A temu drugiemu też trzeba opatrzyć ranę – wskazała Filipa.
Kobieta ujęła zapaloną pochodnię. – Uciekacie przed Bojoryksem, prawda?
– Jeżeli spróbujesz ich otruć, wiedźmo … – zaczął groźnie Marek.
– To co mi zrobisz? -roześmiała się w odpowiedzi, ukazując poczerniałe zęby. – Nie mogłabym go skrzywdzić – wskazała na Sertoriusza – On jest wybrany.
– Wybrany? – zapytał zdumiony Marek. Nie miał jednak czasu na dalsze pytania. Resztką sił złożył Sertoriusza na łożu w chacie. Niósł go tak długo, że czuł wszystkie mięśnie.
Wnętrze chaty było przepełnione odorem stęchlizny przemieszanej z zapachem ziół. Przyprawiało go o mdłości. Wyszedł szybko, by sprowadzić Filipa.
Tymczasem starucha rozpoczęła starania o chorego.
– Trzeba odprawić złe duchy – poinformowała zwiadowców, którzy zajęli miejsca na ławie stojącej naprzeciw niej.
– Złe duchy, tylko tyle masz do powiedzenia? – zaczął Marek, ale umilkł pod wpływem jej wzroku. Zaczęła okadzać chorego dymem z kadzidła, który szczelnie wypełnił całą izbę. Później zebrała garść ziół, starła je na drobną masę i zaczęła smarować nią pierś Sertoriusza.
Filip, który był mocno zamroczony, i przez swoja ranę, i przez warunki panujące w pomieszczeniu, otworzył szeroko oczy i wpatrywał się ze strachem w staruchę. Ta wypowiadała półgłosem zaklęcia, obsypywała chorego i sama zaczęła się posypywać. W rogu chaty ustawiła niewielka figurkę nieznanego im bóstwa. Marek i Filip obserwowali ją bez słowa. Nie byli w stanie powiedzieć jak długo to trwało. Być może to intensywny zapach ziół wpłynął na nich tak, że nie wiedzieli co się wokół nich dzieje. Nawet wtedy, gdy starucha podeszła do Filipa oczyścić mu ranę. Byli tak zmęczeni i odurzeni, ze pokładli się na ławach i natychmiast zasnęli.
Marek spał do południa następnego dnia. Gdy wstał, wyszedł przed chatę i wylał na siebie kubeł zimnej wody.
– Żyje? – zapytał siedzącą przed chatą kobietę.
– Żyje – odpowiedziała układając coś w koszu – Uratowałeś mu życie – dodała po chwili. – Jeszcze wiele razy będziesz go ratował.
Marek był poruszony jej słowami. Intrygowało go dlaczego nazwala Sertoriusza wybranym.
Kobieta odgadła jego myśli i uśmiechnęła się.
– Czekają go wielkie rzeczy… I czyhają na niego wielcy wrogowie. Jeśli chcesz mu naprawdę pomóc, strzeż go. Na jego drodze stanie człowiek, który jest lwem i lisem. Chroń go przed nim.
Wstała z ławy i ruszyła do chaty, pozostając zdumionego Marka pogrążonego w swoich myślach. Na progu odwróciła się i powtórzyła z naciskiem.
– Pamiętaj! Chroń go przed tym, który jest lwem i lisem!

Rozdział drugi. Lew i lis


Nic nie widział. Oczy miał zasłonięte opaską.
Musiał liczyć na wsparcie swoich innych zmysłów. Wiedział, że wprowadzono go do obszernego budynku. Świadczyć mogło o tym echo kroków rozbrzmiewających na korytarzach.
Starał się wychwycić każde słowo, każdy szept ludzi, którzy go pojmali. Po chwili zyskał niezbitą pewność, że to była mowa południowych ludów. A zatem płatni najemnicy.
Uśmiechnął się gorzko. Do takich zadań zawsze znajdują najemników. Wiedział też, że jego ludzie zostali związani i są niedaleko.
Usilnie starał się wyobrazić miejsce, w którym się znalazł. Czuł, że znajdował się w pałacu.
Pochód nagle zatrzymał się. Zerwano mu opaskę z oczu. Zmrużył je gwałtownie, bo oślepił go słoneczny blask. Po chwili przyzwyczaił się do dziennego światła i rozejrzał się wokół. Bł to obszerny dziedziniec pałacu. Wokół kolumn wiły się egzotyczne rośliny, a sam dziedziniec by wyłożony kolorowym kamieniem. Rzeźby przeplatały się z bujnymi palmami, a woda w fontannach szemrała delikatnie. W centralnej część, na podwyższeniu, do którego prowadziły schody, na zdobionym krześle siedział sam król. Spojrzenie miał senne, mętne od trunku, który popijał. Dwóch ciemnoskórych niewolników nieustannie go wachlowało.
Na twarzy przybysza zadrgał cień uśmiechu. Król Bokchus kochał wystawne życie. Otoczony przepychem, niewolnikami, niewolnicami, złotem i srebrem.
Król przyglądał się przez chwilę z zainteresowaniem nowoprzybyłemu.
– Oto i jest. On … najdzielniejszy Rzymianin – powiedział łamaną łaciną i skinął ręką na jednego z niewolników, który był zapewne tłumaczem.
– Witaj, Lucjuszu Korneliuszu – oznajmił tłumacz – Największy z wielkich, król Bokchus, jest rad, że może cię gościć w swoich progach. Wiele o tobie słyszał i dawno chciał cię zobaczyć.
– Jestem gościem? – zapytał z przekąsem Korneliusz- Trudno w to uwierzyć.
– Wybacz niedogodności podróży. Nikt nie chciał cię urazić.
– Nie chowam urazy – powiedział nagle po grecku Korneliusz, wiedząc, że król to zrozumie natychmiast. – Przybyłem tu w konkretnym celu. I ty, królu, znasz doskonale powód mojej wizyty.
Król pociągnął głębszy łyk ze złotego pucharu. Wyglądał jak człowiek, który najchętniej znalazłby się w innym miejscu.
– Nie jestem tu po to, abyś pokazywał mnie swoim sługom. Nie jestem najdzielniejszym Rzymianinem. Nie zamierzam nim zostać. Ale przebyłem tę drogę, abyś wydał mi człowieka, który zapomniał co to jest słowo dane Rzymowi.
– Piękna mowa, Lucjuszu Korneliuszu – oznajmił po grecku król. – Ale cóż mi po słowach. One dziś znaczą jedno, a jutro a drugie.
– Dlatego przywiozłem ci dary.
Król spojrzał pytająco na swoje sługi. Po chwili wniesiono masywną, drewnianą skrzynię. Król rozkazał pokazać jej zawartość.
Gdy ją otworzono, nawet najspokojniejsi słudzy wydali z siebie okrzyki zachwytu. Król Bokchus nie czekając na reakcję zauszników, sam zbliżył się do podarków. Oczy mu zalśniły na widok tych kosztowności.
Lucjusz Korneliusz przyglądał się królowi z wyższością i pogardliwym uśmiechem. Gdy ten nacieszył się podarkami i popatrzył znów na gościa, twarz tego ostatniego znów przybrała poważny wyraz.
– To wszystko może należeć do ciebie, królu. Jeżeli spełnisz moja prośbę.
– Nie jestem człowiekiem, którego łatwo można przekupić – twardo oznajmił król, chociaż jego oczy uporczywie wracały do skrzyni.
– To nie przekupstwo, to wdzięczność i przyjaźń Rzymu.
– Przyjaźń Rzymu – roześmiał się Bokchus – A gdzie był Rzym i jego legiony, gdy mordowano mieszkańców Cirty? Adherbal do końca liczył na waszą pomoc i zginął zamordowany, a jego miasto legło w gruzach. Jaką mam gwarancję, że Jogurta nie uczyni tego samego z moim miastem? Republika i jej Senat są daleko, a ja jestem tu sam jeden. I sam będę decydował co jest najlepsze dla mojego królestwa.
Bokchus gniewnie wydał polecenie swoim sługom.
Tuż przed Korneliuszem ziemia lekko zadrżała. Po chwili ujrzał, że marmurowa posadzka rozsuwa się na dwie strony. Zaskoczony zobaczył przed sobą wielki dół. Można było kogoś posłać na dno tej przepaści. Ale to nie była zwykła przepaść. Ta miała swoich mieszkańców. Oczy Korneliusza wypatrzyły w ścianach dwie nory. W krótkim czasie wyłoniły się z nich dwa dzikie koty. Przeciągały się leniwie, a potem zaczęły biegać wzdłuż ścian, usiłując wspiąć się i wyskoczyć. Zwabione ludzkimi głosami pomrukiwały złowrogo. Nie miały jednak szans, aby wydostać się z dołu.
– Są głodne- oznajmił Bokchus czekając na reakcję gościa. Zaczął oblizywać wargi z emocji.
Na twarzy Korneliusza nie drgnął ani jeden mięsień.
– A zatem je nakarm. Co mi do tego – powiedział zimno, a jego niebieskie oczy pełne były chłodu. – Jeżeli to mnie chcesz im rzucić – dodał po chwili – to nie będzie moja śmierć. T o będzie twoja śmierć królu. Wydasz wyrok na siebie i swoje królestwo, z którego nie zostanie kamień na kamieniu.
– Taki jesteś pewny, że Gajusz Mariusz upomni się o ciebie? – król podjął jeszcze jedną próbę.
– Nie on. Legiony się upomną.
– Legiony słuchają wodza, a wodzem jest Gajusz Mariusz – upierał się Bakchus.
– Legiony podążają za najdzielniejszymi. A kogo nazwałeś dziś najdzielniejszym Rzymianinem? Sam powiedz.
Korneliusz triumfował. Widział wahanie na twarzy króla, jego walkę i bezsilność. Widział jak Bokchus wpada we własną pułapkę.
Król usiadł na tronie jak pokonany. Ten człowiek był jego gościem, więźniem prawie. A jednak miał nad nim zdecydowaną przewagę. Nie umiał tego wytłumaczyć. Do dziś zastanawiał się po czyjej stronie stanąć. Ale dziś zrozumiał, że to nie od niego zależy. Jego rola była skończona.
– Wybacz, królu. Chciałbym udać się na spoczynek. Mógłbym tu jeszcze posiedzieć, skosztować twoich win, pooglądać dzikie zwierzęta, ale czas mi nie pozwala. Bądź tak dobry, uwolnij moich ludzi i przekaż mi twojego zięcia jak tylko się zjawi. Wierz mi, zyskasz dużo więcej niż tylko te skrzynię.
Brwi króla uniosły się do góry z niemym zapytaniem.
– Dostaniesz połowę Numidii – usłyszał pewny głos Korneliusza. I mimo toczących go wątpliwości, król rozpromienił się trochę. Ochoczo nakazał odprowadzić gościa do jego pokoi. Los Jogurty został przesądzony.

Statek kołysał się leniwie na falach.
Wiatry były pomyślne i niewielka rzymska jednostka pewnie zmierzała do italskich brzegów.
Pod pokładem na łożu wykładanym miękkimi tkaninami i pod futrzanym przykryciem leżał człowiek. Trudno było powiedzieć czy spał czy tylko odpoczywał. Jego twarz skrywał półmrok. Po chwili podeszła do niego półnaga piękność. Usiadła delikatnie na łożu podając mu puchar z winem.
– O czym śniłeś, ukochany? – zapytała miękką greką.
Korneliusz ocknął się ze zamyślenia.
– Przypomniała mi się moja wizyta u króla Mauretanii. Gdy do końca się wahał, kogo zdradzić:własnego zięcia czy Rzym? Mariusz liczył, że wysyła mnie na pewną śmierć.
– Mariusz zapłaci nam za to – oznajmiła kobieta. – Już zaczął płacić. Jego konflikt z Metellusem trzeba cały czas podsycać.
– Nie spodziewałem się, ze Metellus skarze na śmierć własnego człowieka.
– Najważniejsze, że winą za to obarczył Mariusza. I że będzie go nienawidził do końca swoich dni. Mariusz jeszcze nie wie, że to początek jego końca. Ten konflikt zaważy na jego dalszym losie.
Korneliusz popatrzył na kobietę z podziwem.
– Zastanawiam się jakby wyglądał świat, gdybyś się urodziła mężczyzną, Nicopolis.
Blondwłosa piękność zachichotała lekko. Rozsypała swoje długie, bujne włosy na klatce piersiowej Korneliusza.
– Wystarczy mi, że mam ciebie. Jesteśmy w połowie drogi, aby Republika była nasza.
– Mówisz jakbym miał zostać królem.
– Nie trzeba być królem, żeby mieć prawdziwą władzę. Czasami lepiej jest stać z boku, pozwolić, aby rządzili inni. Dlatego musisz zbliżyć się do rodziny Metellich.
– Do tego upartego osła Cecyliusza Numidyjskiego?
– Miałam na myśli jego syna.
– Młodego Kwintusa? Rozpieszczony arystokrata, nie skalał się nigdy żadną głębszą myślą… Bez swojego ojca on nie istnieje.
– Idealnie pasuje do naszych planów.
– Nie chcę takich sojuszników. Wystarczy, że zrobiłaś z Lucjusza Cezara mojego szwagra.
– Przymierze z Juliuszami Cezarami przyniosło ci wiele korzyści.
– Tak – roześmiał się Korneliusz – Spokrewniło mnie z Mariuszem.
– Nie narzekaj.
– Nie narzekam. Wytrzymuję arogancję Lucjusza. Swoją drogą nie jestem w stanie wyobrazić sobie jakiegoś Juliusza Cezara, który odniesie sukces w życiu. Co za rodzina! Banda opieszałych, zarozumiałych głupców!
Nicopolis oparła się na łokciu i spoważniała.
– Pamiętaj, że ludzie są ci potrzebni tak długo, jeżeli są przydatni. A Lucjusz Cezar może się jeszcze przydać.
Korneliusz westchnął
– Dlatego nie zerwałem z nim więzów rodzinnych po śmierci Julii – zamyślił się. Popatrzył głęboko w oczy Nicopolis – Planujesz moje życie w najdrobniejszych szczegółach. Wybierasz mi żony, wskazujesz sojuszników, pomagasz pozbyć się wrogów. Czym ja na ciebie zasłużyłem?
– Ja tylko wydobyłam siłę, która drzemała uśpiona w tobie. Tak naprawdę nie jestem ci do niczego potrzebna.
Pochwycił ją gwałtownie w ramiona i zaczął całować – Nigdy tak nie mów. Jesteś wszystkim co mam.
– Gdy wrócimy do Rzymu … – nagły spazmatyczny kaszel wstrząsnął całym ciałem Nicopolis.
– Nie podoba mi się ten kaszel… – Korneliusz spochmurniał – Po powrocie znajdziemy innego medyka.
– To nie jest potrzebne. Przejdzie zanim dopłyniemy.
Korneliusz popatrzył na nią z rosnącym niepokojem.
Nicopolis okryła się się szczelniej futrem, a on objął ją mocno ramieniem.
– Ciebie jednej nie mogę stracić -wyszeptał. W jego oczach można było wyczytać troskę i obawę.
Leżeli tak obok siebie długo, a delikatne ruchy statku kołysały ich wtulone w siebie ciała.

Był chłodny, styczniowy dzień.
Poranek okazał się nieco mglisty, ale ludzie pomimo tej niesprzyjającej aury, spieszyli do swych zajęć.
Forum przed Kurią Senatu Republiki powoli zapełniało się gęstą masą ludzi. Wszyscy wiedzieli, że dzisiejszy dzień może okazać się przełomowy. Że podjęte zostaną ważne decyzje. Każdy chciał być jak najbliżej serca Rzymu. Senatorowie wchodzili już do budynku. Zajmowali wyznaczone miejsca, okrywając się szczelniej, bo zimno dokuczało nawet tutaj, w ogrzewanej sali posiedzeń.
Ale mróz nie był ich największym zmartwieniem. To co spędzało sen z powiek dostojnych senatorów, to wizja Cymbrów i Teutonów u bram Wiecznego Miasta. Ta wizja poruszała wyobraźnię każdego z nich. Coraz nowsze doniesienia i raporty powoli obrazowały wymiar klęski. Na początku nikt nie mógł uwierzyć w to co się stało pod Arausio. Takiej katastrofy nikt się nie spodziewał. Jedni porównywali tę sytuację do porażki pod Kannami, inni wieszczyli, że sytuacja jest dużo gorsza. Jednego byli pewni:nadchodził czas decyzji. Należało odbudować armię. I to jak najszybciej. Cymbrowie w każdej chwili mogli ruszyć na Rzym. Samo odbudowanie armii było zadaniem trudnym i pociągało za sobą inną, skomplikowaną kwestię – kto miałby stanąć na czele tej armii?
Niewolnicy kończyli zapalanie lamp w sali, cichły już rozmowy. Obok krzeseł konsularnych pojawił się już Rutiliusz Rufus w otoczeniu liktorów. Nie zdążył rozpocząć posiedzenia, gdyż na zewnątrz wszczął się niespodziewany ruch. Wszyscy popatrzyli po sobie ze zdziwieniem.
Po chwili drzwi Kurii zostały otwarte na oścież i w słabym blasku słonecznego światła stanął Gajusz Mariusz. Wszedł do środka krokiem zdradzającym pewność siebie. Tuż za nim kroczyli jego ludzie, których obecności nikt się nie spodziewał. Mariusz wskazał im miejsce w bocznej części sali, sam zaś skierował się w stronę pierwszego szeregu ław, gdzie miał w zwyczaju siadać.
Wszyscy patrzyli na niego w osłupieniu. Jeden szczegół w jego wyglądzie przykuł powszechną uwagę. Na głowie Mariusza widniał wieniec laurowy, ten sam, który przed paroma dniami miał założony podczas swojego triumfalnego wjazdu do Rzymu. Żaden wódz nie odważył się nigdy wcześniej na podobny krok. Po sali przeszedł szmer niezadowolenia. Jedni wyśmiewali się z niego, inni ściskali dłonie w bezsilnej wściekłości. Kwintus Cecyliusz Metellus siedział jak skamieniały.
Pierwszy z tej fali zaskoczenia, jaka ogarnęła cały senat, ocknął się Rutiliusz Rufus.
– Na wszystkich bogów, Gajuszu Mariuszu! Czy możesz nam wszystkim wytłumaczyć co to ma znaczyć?
Mariusz uśmiechnął się w odpowiedzi, rozejrzał po sali i odparł grzecznie:
– A o co pytasz, dostojny Rufusie?
– Już ty dobrze wiesz o czym mowa- krzyknął ktoś z górnych ław.
Rufus poprosił o ciszę.
– Pytam – ciągnął dalej nieco chłodniej – Jakim prawem pojawiasz się w uświęconej Kurii w otoczeniu tych ludzi, z wieńcem laurowym na głowie?
Brwi Mariusza uniosły się nieco ku górze.
– A więc to mój strój stanowi problem – powiedział bardziej do siebie niż do Rufusa.
Tego było już za wiele dla Metellusa. Poderwał się gwałtownie z miejsca, na którym siedział.
– Niczego nie szanujesz, Gajuszu Mariuszu. Nie szanujesz Republiki, ani jej praw, ani nas tu zgromadzonych. Dlatego zadam ci tylko jedno pytanie. Czy jest coś, o co byłbyś w stanie walczyć i co jest dla ciebie ważne?
To pytanie sprawiło, że większość senatorów zastygła w napięciu. Metellus potrafił przemawiać jak natchniony. Jego syn, obecny na sali, czuł teraz wielką dumę ze swojego ojca. Był pewien, ze Mariusz nie ma żadnych argumentów. Że jego pycha zostanie ukarana.
Gajusz Mariusz podniósł się powoli. Przez chwile patrzał tylko na Metellusa, jakby pozostali senatorowie nie istnieli.
– Tak, jest coś co jest dla mnie szczególnie ważne. Coś, co stawiam ponad wszystko.
– Cóż to takiego? – zapytał kpiąco Metellus.
– Bezpieczeństwo Rzymu. Bezpieczeństwo Republiki i jej obywateli – powiedział dobitnie, akcentując każde słowo, aby nawet najdalej siedzący senatorowie go usłyszeli – Wszystko inne jest bez znaczenia.
Brwi Metellusa zadrżały. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Był pewien, ze wygrał. Że to do niego należało ostatnie słowo.
Mariusz popatrzał na zebranych, z których wszyscy milczeli czekając na ciąg dalszy.
– Jeżeli tak bardzo przeszkadza wam mój strój, dostojni senatorowie, nie martwcie się. Wyjdę, aby się przebrać. A gdy wrócę, dokończymy obrady. Czas, abym wstąpił na swój urząd jako konsul Republiki. Wszyscy zdajecie sobie sprawę, że czas nagli. Bo gdy my tu rozprawiamy o ubraniach, Cymbrowie połączą siły z Teutonami i staną u bram naszego Wiecznego Miasta. I wierzcie mi, oni nie będą zważać na stroje. Wymordują wszystkich. Bez wyjątku.
Na sali panowała głucha cisza. Wszyscy musieli przyznać rację Mariuszowi. A ten ruszył spokojnie do wyjścia. Metellus usiadł z trudem. Na jego twarzy malowała się mieszanka goryczy i bezsilności. Młody Kwintus współczuł ojcu. Ale podobnie jak on, nic nie mógł zrobić. Trzeba było czekać na pierwszy fałszywy ruch Mariusza, na jego pierwsze potknięcie. Bo przecież coś lub ktoś musi sprawić, że Mariusz przegra.

Stado ptaków przysiadło na połyskującej w słońcu kopule świątyni Triady na Awentynie. Trzy bóstwa:Ceres, Liber i Libera majestatycznie górowały nad Circus Maximus, a ich twarze skierowane były na Palatyn.
Na Forum Romanum i Kapitolu biło serce Rzymu, ale to Awentyn był jego prawdziwą duszą.
Co prawda nie leżał w murach samego miasta, ale to w niczym nie przeszkadzało. Jak głosiła legenda, to Remus wybrał Awentyn na swoją siedzibę. W trakcie obrzędów nie uzyskał przychylności bogów i Awentyn nie mógł być oficjalną dzielnicą Rzymu. Według wierzeń było to miejsce przeklęte. Ale Fortuna bywa przewrotna. Handlarze, rzemieślnicy czy ludzie pracy ukochali to miejsce.
Życie na Awentynie toczyło się bez przerwy. Zdawało się, że dzielnica nigdy nie zasypiała. Rzemieślnicze kramy, tawerny, lupanary rozbrzmiewały głosami w dzień i w nocy. Garbarze rozstawiali swoje kramy w pobliżu wielkich magazynów ze świecami i łojem (horrea candelaria), a obwoźni handlarze siarką zachwalali swój towar, przemykając po wąskich uliczkach Wiecznego Miasta. Kupcy, bankierzy, urzędnicy prowadzili swoje sprawy na Awentynie. Obok uznanych przez władzę stowarzyszeń, kwitł w najlepsze nielegalny proceder.
Nad wszystkimi czuwała Minerwa, patronka sztuk wszelkich i rzemiosła. U stóp jej świątyni swoje miejsce znalazło największe skupisko żebraków w mieście. Niejeden beznogi weteran wyciągał ręce w kierunku wiecznie spieszących się mieszkańców. Bardziej miłosierni obywatele rzucali mu garść monet, a mniej litościwi grad wyzwisk.
Awentyn był dumą plebejuszy. Wraz z ich rosnącą siłą, zyskiwał na znaczeniu. Tu mieściło się ich archiwum, tu swoje domy posiadali przedstawiciele największych rodów. Rzeźbiarze i kamieniarze uwijali się w pocie czoła przy rozbudowie bardziej znamienitych willi. Wreszcie między Awentynem a Palatynem znajdowało się Circus Maximus, do którego spieszyły tłumy żądne rozrywki.
Ale o rozbudowie dzielnicy zadecydował też inny czynnik.
Do Rzymu ściągały masy ludzi wypierane przez barbarzyńców z Północy. Codziennie przybywali nowi uciekinierzy, którzy pragnęli znaleźć schronienie obrębie wiecznego Miasta. I znajdowali je właśnie na Awentynie.

Rea wychodziła do miasta około południa. Przeważnie wtedy, gdy uporała się z dostawcami i handlarzami. Zabierała ze sobą dwie służące i kilku niewolników do pomocy. Odwiedzała znajomych, robiła zakupy na rynku, ale ostatnio coraz częściej wybierała inne miejsca. Na Eskwilinie i Awentynie z każdym dniem przybywało ludzi, którzy potrzebowali pomocy. Ranni i kalecy spod Arausio dogorywali w ponurych zaułkach albo chorowali w tandetnych przytułkach. Rodziny zabitych:wynędzniałe, pozostawione swojemu losowi, przedstawiały żałosny obraz. Dzieci-sieroty, pozbawione opieki, przemykały niczym szczury spłoszone na widok człowieka. I wreszcie osadnicy z ziem italskich, którzy zostali wyparci przez Cymbrów. Pozbawieni środków do życia, uciekający w popłochu, pragnący ocalić własne życie szukali azylu w Wiecznym Mieście.
Rea widywała ich codziennie. Codziennie nowych, bardziej pogrążonych w nędzy i rozpaczy. Klęska pod Arausio nabierała większych rozmiarów. Urzędnicy nie radzili sobie z problemem. Najniższe instynkty ludzkie brały górę nad wynędzniałymi masami:napady i rozboje stały się normą. Osadnicy za wszelką cenę próbowali zdobyć środki do życia.
Rea rozumiała to wszystko. Jako matka swoją uwagę skupiała na dzieciach i wdowach. Nawiązała współpracę z dawnymi klientami męża, którzy teraz starali się zrewanżować wobec niej. Wszystkie zgromadzone zapasy przewoziła do biedniejszych części Awentynu lub Eskwilinu i rozdawała ubogim. Wielu znajomych przestrzegało ją, nie rozumiejąc jej postępowania. Inni uważali ją za kobietę szaloną. Ale Rea potrafiła być uparta, widząc ile dobrego przynoszą jej działania. Niezrażona trudami, uparcie wędrowała w najuboższe miejsca Rzymu.
Nie inaczej było tego dnia.
Eskortowana przez służbę jechała wozem wąskimi uliczkami Wiecznego Miasta. Dzień był dość chłodny, więc niektóre ulice były bardziej opustoszałe niż zazwyczaj.
Nagle dalszą drogę zastąpiła jej grupa nędznie ubranych obdartusów. Służący, nie czekając na rozkaz, sięgnęli po broń.
– Nie chcę rozlewu krwi- powiedziała głośno Rea.
– My tez nie chcemy- odparł wysoki, barczysty mężczyzna o twarzy pokrytej plamami – Oddaj nam tylko swoje zapasy.
– Tego nie mogę zrobić – Rea widziała przewagę napastników, ale ani na chwilę nie straciła wrodzonej odwagi. – To jedzenie jest dla potrzebujących. Wy potraficie pracować, jesteście silni, oni nie są. Nie oddam wam niczego.
– To się jeszcze okaże. – mężczyzna ruszył w kierunku wozu i wyciągnął nóż.
Miedzy napastnikami a ludźmi Rei już miała wywiązać się walka, gdy powietrze przeszyła strzała, a przed atakującymi niespodziewanie wyrósł zakapturzony łucznik. W jego postawie było coś, co sprawiło, że wszyscy się cofnęli.
– Nie chcecie mieć kłopotów, prawda?- zabrzmiał silny, męski głos, na którego dźwięk serce Rei zadrżało.
Napastnicy spojrzeli po sobie i jeden po drugim zaczęli się wycofywać. Wreszcie wycofał się i ich przywódca.
Gdy zniknęli za rogiem, mężczyzna w kapturze odwrócił się w stronę wozu. Jeden z niewolników podał rękę swojej dominie i ta szybko zeskoczyła na ziemię. Stanęła przed nieznajomym, a on zrzucił kaptur z głowy. Służący natychmiast go rozpoznali i wydali z siebie okrzyki radości. Oczy Rei zaszkliły się ze wzruszenia. Dotknęła czubkami palców jego twarz, jakby chciała się upewnić, że to naprawdę on. Sertoriusz objął ją serdecznym ruchem. Radość, wzruszenie i silne emocje targały Reą za każdym razem, gdy go żegnała i gdy go witała. Żyła od jednego spotkania do drugiego. Przez moment nic do siebie nie mówili, ciesząc się tą niepowtarzalną chwilą.
– Nie powinnaś tak ryzykować, matko – powiedział Sertoriusz, gdy pierwsze wzruszenie już opadło. – Za bardzo się narażasz. To miejsce nie jest teraz bezpieczne.
– Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać?
– Dziś wróciłem do domu i nasz poczciwy Demetriusz powiedział mi czym się teraz zajmujesz.
– Muszę im pomóc. Ci ludzie nie mają nikogo.
– Za cenę własnego bezpieczeństwa?
Rea niepewnie dotknęła jego ramienia.
– Czasami nie mamy innego wyjścia – wyszeptała cicho. – Gdy usłyszałam o tym co się stało pod Arausio, byłam pewna… byłam pewna…
–… że, nie żyję? – wpadł jej w słowo Sertoriusz. Rea znów dotykała jego policzka, a z oczu płynęły jej łzy.
– Nie wiem, co stałoby się ze mną… gdybyś…
– Nie myśl teraz o tym – Sertoriusz znów ją objął – Wróciłem. Przeżyłem Arausio, chociaż to brzmi jak wyzwanie rzucone bogom.
Odsunął się od niej delikatnie.– Wkrótce się ściemni. Rozdajmy jedzenie i wracajmy do domu.
– Masz rację. Jesteś wyczerpany podróżą i byłeś ranny. Jak ty się właściwie czujesz? – zapytała z troską.
– Dobrze, matko. Przy tobie zawsze dobrze.
Ujął jej dłoń i razem ruszyli w kierunku gromadzącego się tłumu ludzi, którzy czekali na Reę i jej służbę.

Nieśmiałe promienie zachodzącego słońca wpadały do jednej z bocznych sal Kurii Senatu. Zebrała się tu niewielka grupa ludzi, którzy zajęli miejsca na ławach, umieszczonych w centralnej części sali. Wszyscy siedzieli nieruchomo, żaden z nich nie chciał zabrać głosu. Przypominali nieruchome posągi, które zastygły w oczekiwaniu na to co przyniesie los.
W bocznym korytarzu usłyszeli kroki. Ktoś przybliżał się do ich sali bardzo szybko. Po chwili drzwi otworzyły się z impetem. W drzwiach stanęła nowa postać i sadząc po zdumieniu na twarzach senatorów, nikt z zebranych na nią nie czekał.
W drzwiach stał Lucjusz Korneliusz. Wszedł do środka i gwałtownie rozwinął zwój przed senatorami.
– Możecie mi wytłumaczyć, o szlachetni ojcowie, cóż to jest? – podsunął im pod twarze zwój pergaminu.
– Rozkaz wymarszu, Lucjuszu Korneliuszu – oznajmił smutnie Rutiliusz.
– Wiem, że to rozkaz wymarszu. Mam objąć dowodzenie nad twoim oddziałem, Rutiliuszu.
– To bardzo dobrzy żołnierze. Osobiście zająłem się ich szkoleniem.
– To zlepek ludzi nie mających bladego pojęcia o walce. Oni nie dali by rady osiłkom w lupanarze, a co tu mówić o barbarzyńcach. … Dobrych żołnierzy zostawiłeś pod Arausio, Rutiliuszu. Do dziś nie wytłumaczyłeś jaka choroba powstrzymała cię wtedy przed objęciem dowództwa nad armią. Zamiast tego powierzyłeś ją takim ludziom jak Caepio czy Maximus.
– Nie o tym rozmawiamy, Lucjuszu Korneliuszu. Do rzeczy – ponaglił go jeden z innych senatorów.
– Nie rozumiem dlaczego wręczono mi rozkaz wymarszu na mieście, po kryjomu – ciągnął Korneliusz- Ostatnio wszystko w tym mieście dzieje się po kryjomu. Nocne obrady, wybory konsula in absentia…
Korneliusz zastanowił się przez chwilę i nie mogąc opanować emocji zapytał:
– Mam wyjechać z miasta tylko dlatego, że on tego chce, prawda? To nie jest decyzja Senatu! To decyzja Mariusza!
– Bacz na swoje słowa – upomniał go jeden ze starszych senatorów. Był to postawny jeszcze mężczyzna, o harmonijnych rysach twarzy.
– Przypominam wam, szlachetni senatorowie, że odpowiadacie przed ludem rzymskim. Tobie również Katulusie – zwrócił się do niego Korneliusz.
– Nie ty będziesz mnie pouczał – odrzekł lekko zdenerwowany Lutacjusz Katulus. – Uspokój się Korneliuszu, bo zapomnę, że byliśmy kiedyś rodziną…
– Nigdy nie przypuszczałem, że to powiem, ale zmusiłeś mnie do tego. Może to dobrze, że Julia nie żyje i nie jesteśmy już rodziną.
Katulus pobladł z emocji. Chciał coś powiedzieć, ale Korneliusz nie dopuścił go do słowa.
– Wyjadę z miasta. Lepiej jest wyjechać i nie patrzeć jak wielka Republika Rzymu zmierza w kierunku dyktatury. Siedzicie tu bardziej zniewoleni niż wszyscy niewolnicy, którymi wasze majątki są przepełnione. Oddajecie pełnię władzy człowiekowi, który przyniesie wam zgubę. Wspomnicie kiedyś moje słowa. Ale wtedy będzie za późno. Pamiętajcie o tym, ty dumny Oktawiuszu… i ty…Marku Antoniuszu… i ty Katulusie… Przyjdzie taki dzień, w którym zrozumiecie, że miałem rację. A wasz bezpieczny świat rozsypie się na waszych oczach niczym popiół z urny…
Zanim ktokolwiek mógł coś powiedzieć, Korneliusz rzucił krótkie „Vale” i odwrócił się na pięcie. Po chwili większość senatorów nie wiedziała czy był tu z nimi na pewno, czy może im się tylko przyśnił.
Senatorowie wiedzieli, że Mariusz był człowiekiem czynu. I był jedynym człowiekiem, który mógł uratować Republikę przed nadciągającą zagładą. Gdy niebezpieczeństwo ze strony barbarzyńców zostanie zażegnane, wtedy oni, senatorowie Rzymu, pozbędą się Mariusza. Taki jest odwieczny porządek rzeczy.
Senat, pełen wiary w ten prastary porządek, nie podzielał lub nie chciał podzielać obaw Korneliusza. Nie przyjmował do wiadomości, że Republika Rzymu przestawała istnieć na ich oczach. Że oto nadchodziło Nowe Jutro. Jutro niepokorne, jutro burzliwe; jutro, w którym jego dawni twórcy mieli odejść w niepamięć i ustąpić miejsca innym.

Na Polu Marsowym niewielki oddział szykował się do wymarszu. Korneliusz dosiadł konia i popatrzał w kierunku miasta.
– Ja tu wrócę, Gajuszu Mariuszu – powiedział cicho do siebie – Ja zawsze wracam.
I ruszył galopem przed siebie.

Rozdział trzeci. Świadek oskarżenia


– Barbarzyńcy okrążyli nas ze wszystkich stron. Byli wszędzie. Moi ludzie ginęli jeden po drugim…
W szybkim czasie zepchnęli nas w stronę rzeki. Lewe skrzydło załamało się jako pierwsze. Legat nie panował nad sytuacją. Nie pamiętam, w którym momencie zabrzmiał sygnał odwrotu. Nie wiem też kto kazał go wydać. Wydawało się, że to odgłos z zaświatów, z samych czeluści piekieł.
Sertoriusz umilkł, a wśród zebranych zapanowała zupełna cisza. Jego głos, chwilami bardzo spokojny, chwilami targany emocjami, obiegł całe Forum. Wsłuchiwali się w niego wszyscy. Mężczyźni kiwali głowami, starcy z drżeniem na całym ciele nieruchomieli. Kobiety ocierały ukradkiem łzy; nawet małe dzieci wiedziały, że stało się coś bardzo ważnego i nie zakłócały tej chwili. Tłum słuchał w napięciu. I podziwiał tego, który odważył się mówić prawdę.
Sertoriusz był postawnym, wysokim mężczyzną. Jego sylwetka świadczyła o dużej sile fizycznej i o tym, że dużo czasu poświęcał regularnym ćwiczeniom. Włosy miał krótkie i ciemne. Twarz o szlachetnych rysach mogła się podobać.
Teraz, gdy tak stał na podium Rostry, skupiał na sobie uwagę wszystkich. Rostra była miejscem, z którego Rzymianie najczęściej przemawiali do ludu. Było to podium otoczone balustradą, którą wieńczyły dzioby statków zdobytych w trakcie wojny z Kartaginą. Te symbole, najpotężniejszej niegdyś floty Morza Śródziemnego, mówiły dziś o potędze wielkiej Republiki Rzymskiej.
Jeden z sędziów odważył się zapytać:
– Czy prokonsul Kwintus Serwiliusz Caepio zamierzał współpracować ze swoim kolegą, Maximusem?
– Nie – to słowo zabrzmiało jak wyrok – Od początku dążył do wydania bitwy barbarzyńskim plemionom. Wiedział o negocjacjach Maximusa. Tym bardziej się spieszył, żeby nie doszło do rozejmu. Nie chciał, aby Maximus okrył się chwałą w oczach Republiki.
Zapadła cisza. Stary prokonsul Caepio siedział na podwyższeniu w otoczeniu innych członków Senatu. Był blady, ale spokojny. Na twarzach zebranych senatorów malowało się niedowierzanie. Sertoriusz nie był dla nich wystarczająco wiarygodny.
Ale trybun Gajusz Norbanus wiedział jak kierować swoje pytania.
– Czy konsul nie przyjął wysłanników Senatu?
– Przyjął, ale przekazał im, że to Maximus nie chce z nim współpracować, co było nieprawdą.
Wszyscy spojrzeli teraz na starego Serwiliusza. Ten siedział pochylony do przodu, a na jego pobladłej twarzy tylko usta miały inną barwę. Trudno było jednoznacznie stwierdzić co myślał w tej chwili. Jego oczy, wyobcowane niczym samotne światła podczas nocy, wbiły się w Sertoriusza. Ale jego były oficer nie patrzył w tę stronę. Ciągnął dalej swoje oskarżenia.
– Duma prokonsula nie pozwoliła mu na współpracę z Maximusem i ściągnęła nieszczęście na całą armię.
Kilka kobiet zaczęło histerycznie płakać, ale je uciszono.
Norbanus triumfalnie rozejrzał się wkoło i i zwrócił się nagle do Sertoriusza:
– Czy to prawda, że prokonsul, gdy zdobył Tolosę, wszedł w posiadanie tamtejszego złota?
Wszyscy wstrzymali oddechy. Sertoriusz wbił wzrok w dół, ale zaraz podniósł głowę.
– To prawda. W świątyni ukryte było złoto.
– Jak dużo ?
– Nie wiem. Nie byłem obecny, gdy je liczono.
Ktoś z tłumu się roześmiał. Twarz Sertoriusza lekko się zmieniła.
– Nie byłem odpowiedzialny za przewóz tego złota do Rzymu.
– To złoto zniknęło w trakcie podróży do Rzymu – kontynuował Norbanus – Obywatele Republiki Rzymskiej!
Nie wiadomo co się z nim stało… prokonsul nigdy nie wytłumaczył, dlaczego złoto nie dotarło do Rzymu…
Z tłumu zaczęły dochodzić coraz głośniejsze okrzyki. Straż z trudem radziła sobie z tą wzbierającą falą społecznego gniewu. Norbanus doskonale wiedział, w które struny należy uderzyć. Zeznania zrobiły wrażenie na każdym z zebranych. Kilku przekupionych przez Serwiliuszy krzykaczy jeszcze próbowało rozpalić wątpliwości wśród zebranych, ale nie znajdowali posłuchu. Sertoriusz, widząc konsternację senatorów ciągnął dalej:
– Synowie Republiki! Jeżeli mi nie wierzycie, jeśli są w was ziarna wątpliwości, to obejrzyjcie moje rany. – To mówiąc rozerwał górną część tuniki i odsłonił część pleców i ramiona. – Jeżeli mi nie wierzycie, to spójrzcie na te blizny. Są na całym ciele. Wszędzie barbarzyńcy zostawili ślady swoich ostrzy. To, że żyję, zawdzięczam Fortunie i moim modłom, abym jeszcze raz mógł zobaczyć Rzym.
Szmery ucichły. Widząc cierpienie, jakiego doświadczył Sertoriusz, nikt nie śmiał wątpić w to, że jego słowa są prawdą. One wyryły się teraz w umysłach i sercach wszystkich zebranych.
Norbanus w tym starciu był zwycięzcą. Czuł, że oto ten tłum dojrzewa. Że z każdą chwilą jego gniew staje się silniejszy, a gdy wybuchnie zaleje wszystkich zebranych, a winnych zetrze z powierzchni ziemi. Gdyby tak można było wykorzystać wściekłość ludu przeciwko Serwiliuszom i ich poplecznikom?
Jeszcze jedna osoba myślała o tym samym co Norbanus. Marek Liwiusz Druzus z coraz większym niepokojem obserwował całą sytuację. Niespokojny wzrok kierował na rodzinę prokonsula Caepio. Na jego syna i dwie córki, które były obecne na Forum. Obie siostry trzymały się ukradkiem za ręce. Starsza z nich popatrzyła na Marka. Ten, starając opanować niepokój, zwrócił się do młodego Serwilusza:
– Zabierz stąd swoje siostry. Moi gladiatorzy was odprowadzą.
Napotkał jednak wyzywające spojrzenie Norbanusa. Ten skinął na swoich ludzi. Wśród tłumu zaczęły rozbrzmiewać okrzyki, które niczym kamienie ciskane były w rodzinę Serwiluszy:
– Niech zapłacą! Mordercy! Tchórze! Złodzieje! Niech zapłacą za swoje zbrodnie! Rzymska krew jest na ich rękach…
Serwilia kurczowo uczepiła się młodszej siostry. Wpatrywała się, a to w posępną twarz ojca, a to szukała oczami Marka. Ale ten nie mógł okazać jej wsparcia. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Ludzie w każdej chwili mogli zostać ich oprawcami. Tłum zaczął gęstnieć wokół Rostry i mocniej napierać.
– Ukarać ich ! Natychmiast ukarać!
Druzus nerwowo oceniał sytuację i możliwości swoich gladiatorów w starciu z rozszalałym motłochem. Młody Kwintus Serwiliusz wyglądał jak ktoś, kto zaraz rzuci się na Norbanusa i jego ludzi. Marek Liwiusz spokojnie dotknął jego ramienia:
– Zachowaj zimną krew. Nie daj się sprowokować – wyszeptał siląc się, by jego słowa brzmiały przekonująco.
I wtedy stała się rzecz niezwykła. Sertoriusz z miejsca dla świadków przeskoczył na górne podium. Okrył się płaszczem i wzniósł rękę ku górze jakby chciał uspokoić ten złowrogi żywioł ludzki. Powoli okrzyki słabły, wreszcie zupełnie zamilkły. Wszyscy zebrani Rzymianie, od senatorów, urzędników, poprzez szlachetnie urodzonych, aż do niższych stanów, zaczynali rozumieć, że dzieje się coś ważnego. Pojawił się człowiek, zupełnie inny od wszystkich. Uczciwy, honorowy, a przede wszystkim obdarzony taką charyzmą, że pociągał za sobą masy. Było to odkrycie zadziwiające w żyjącej swoimi sprzecznymi konfliktami Republice.
– Rzymianie! – zawołał Sertoriusz, a tłum umilkł zupełnie- Pamiętajcie kim jesteście w oczach świata! My nikogo nie karzemy bez prawomocnego wyroku sądu! Nikogo! Dlatego teraz też nie podniesiemy ręki na tych ludzi! Nasze prawa to nasze życie!
Kim bylibyśmy bez prawa? Kim?
Przez tłum przeszedł pomruk. Nie wszyscy chcieli się z pogodzić z tymi słowami… Norbanus już chciał coś wykrzyczeć, zareagować, ale groźne spojrzenie Sertoriusza przykuło go do miejsca. Tłum bez swoich podżegaczy przestał być groźny. I Sertoriusz doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
– Pozwólcie działać waszym władzom, pozwólcie działać sądom! Niech o losie oskarżonego zdecydują odwieczne prawa Republiki! – jego słowa były mocne i dobitne.
Ludzie pokiwali ze zrozumieniem głowami. Ten tłum, który jeszcze przed chwilą był gotów na wszystko, teraz zaczął się rozchodzić.
Starego konsula odprowadzono pod strażą do więzienia. Druzus postanowił zabrać z Forum pozostałych członków rodziny.
– Chodźmy, dopóki panuje spokój. Zabierz siostry – zwrócił się do młodego Kwintusa Serwiliusza.
Tym razem niebezpieczeństwo zostało zażegnane.
Druzus odchodząc popatrzył jeszcze raz w kierunku Sertoriusza. Ten, spokojny i opanowany, nie zwracał uwagi na Serwiliuszy.
„Kim trzeba być, żeby tłumy cię tak wielbiły?” pomyślał Druzus. ” Co trzeba czynić, żeby ludzie byli gotowi pójść za tobą? Żeby umierali za twoje słowa?”
Dziwne uczucia zawładnęły nim samym. „Można przeżyć cale życie, nawet nie wiedząc, że niczego się nie osiągnęło. Wtedy to nie jest życie. To tylko sen.”
W milczeniu opuścił pustoszejące Forum.

Dom Serwiliuszy tonął w półmroku. Służba powoli zapalała pochodnie i lampki, bo poranek wstał wyjątkowo mglisty i ponury. Nagły, potężny stukot do drzwi wprawił w przestrach wszystkich domowników. Echo odbiło się od marmurowych posadzek i pięknych, idealnie proporcjonalnych rzeźb.
O tej porze tak gwałtowne kołatanie do drzwi nie wróżyło nic dobrego. Odgłos kołatania prędko zmienił się w dźwięk, jaki wydaje taran. Drzwi wreszcie nie wytrzymały naporu i puściły. Służba z okrzykami pełnymi przerażenia rzuciła się do ucieczki. Dom w okamgnieniu zaroił się od ciemnych sylwetek żołnierzy. Byli wszędzie. Wyciągali i spędzali ludzi do głównego atrium.
Młodego Kwintusa Serwiliusza znaleziono w tablinum. Już ubrany, szykował się do wyjścia na miasto. Kobiety praktycznie ściągnięto z łóżek. Terencja Varra odziewała się spiesznie w suknię, podaną jej przez niewolnicę. Ale służbę prędko oddzielono od reszty rodziny.
Jeden z niewolników, który próbował bronić Serwiliusza, leżał teraz w kącie z rozbitą głową. Opierającą się Serwilię żołnierze wyprowadzili i rzucili na posadzkę.
– To zbrodnia! Zapominasz się, trybunie- Kwintus Serwiliusz zwrócił się do wchodzącego właśnie Norbanusa.
– Czyżby? To chyba ty zapomniałeś, w jakiej pozycji znalazła się wasza rodzina! Jedno moje słowo, a rozszarpie was tłum… tłum żądny krwi Serwiliuszy…
Terencja podniosła z posadzki Serwilię. Obie kobiety obejmowały się i łkały zawodząc.
– Z rozkazu najwyższych władz miasta i ludu rzymskiego opuścicie ten dom. Wasz majątek zostaje natychmiast skonfiskowany. Wasi niewolnicy zostaną sprzedani…
Cały dom wypełnił się jękami i płaczem.
– Jakim prawem? -Kwintus Serwiliusz zamachnął się na Norbanusa, ale pochwycili go żołnierze.
– Nie podnoś na mnie ręki, bo to się może dla ciebie źle skończyć. Atak na trybuna wypełniającego obowiązki…
– Jesteś zwykłym bandytą i złodziejem…
– Bandytą i złodziejem jest twój ojciec – wysyczał Norbanus tuż przy twarzy Serwiliusza.
– Kwintusie, proszę…- wyłkała Terencja, widząc szamotaninę syna.
– Mam dość powodów, aby i ciebie wtrącić do więzienia – zimno stwierdził Norbanus – A i wiedz, że kara dla twojego ojca jest tylko jedna: śmierć.
Obie kobiety krzyknęły, a oczy Serwiliusza rozszerzyły się z przerażenia.
– Najpierw musi jednak zrozumieć, co zrobił. Chcę, aby wiedział, że jego rodzina wylądowała na ulicy. Wszystko zostanie wam zabrane.
– Moja matka ma osobny majątek – wycedził Kwintus.
– Niech dochodzi praw przed sądem. Pamiętaj, że czeka was kara do spłacenia. Tu wymienił sumę.
– Oszalałeś! Nie jesteśmy w stanie tego zapłacić. To przewyższa nawet skarb państwa.
– Może uda się coś zebrać… Twój ojciec zapewne dobrze ukrył złoto z Tolosy. Możesz tez sprzedać siebie i swoją rodzinę w niewolę…Twoja siostra- tu popatrzył na Serwilię – byłaby cennym nabytkiem dla właścicieli lupanarów na Suburze. Jak myślisz?
Kwintus Serwiliusz rzucił się na niego w bezsilnej wściekłości, ale żołnierze trzymali go mocno.
Norbanus roześmiał się i podszedł do kobiet
– I jak będzie, dostojna Serwilio? Nie chcesz pomóc ojcu i bratu? Podobno lubisz flirtować z mężczyznami… Słyszałem to z dobrego źródła. Służba u Katulusa szeptała niejedno…Zręczni ludzie zrobiliby z ciebie największą dziwkę Rzymu…
Głośny policzek odbił się echem w całym domu. Zaskoczony Norbanus rozcierał bolesne miejsce na twarzy i wpatrywał się ze zdumieniem w Terencję, która stała przed nim teraz dumna i wyprostowana. Wściekłość go ogarnęła. Podniósł do góry rękę, aby uderzyć kobietę. Serwilia krzyknęła i zasłoniła matkę.
– Zostaw je – nowy silny głos wypełnił atrium.
Norbanus odwrócił się do niespodziewanego intruza.
Druzus, trochę niepewny, wszedł w otoczeniu kilku swoich ludzi do środka.
– Rodzina Serwiliuszy nie przyjmuje teraz wizyt, Marku Liwiuszu- oznajmił sarkastycznie Norbanus.
– Widzę, że prześladowanie kobiet to nowy obowiązek trybuna ludowego…
– Nie przeszkadzaj mi w wypełnianiu powinności wobec ludu rzymskiego. Bo oskarżę cię o utrudnianie działania. Dlaczego tak spieszysz z pomocą dla tej rodziny? Łudzisz się, że oni postąpiliby tak wobec ciebie? Jesteś głupcem, jeśli tak myślisz. Rodzina Serwiliuszy na pierwszym miejscu stawia siebie i swój własny interes.
– Wystarczy. Lepiej dowiedz się co się dzieje na mieście.
Norbanus spojrzał na niego zaskoczony.
– Caepio i Maximus opuścili więzienie i udali się na wygnanie – oznajmił Druzus.
– Co takiego?! – wykrzyknął Norbanus – Prokonsul był w więzieniu! Jak człowiek skazany na śmierć mógł udać się na wygnanie? Kogo przekupiłeś? – Norbanus roześmiał się szyderczo – No tak! Nie wszyscy pojmują czym jest obowiązek wobec Republiki. Wystarczy ich przekupić. Pomogłeś w ucieczce zbrodniarzowi, Marku Liwiuszu. Jak to wytłumaczysz wdowom i sierotom?
– Na pewno nie chce żadnych rozruchów, które tobie są na rękę.
– Nie myśl, że wygrałeś. Oni mają opuścić ten dom. Albo wyjdą dobrowolnie, albo wyrzucę ich stąd siłą.
– Chcemy się ubrać – zaczęła Terencja.
– I zabrać kosztowności ? – wpadł jej w słowo Norbanus – Dosyć już ukradliście. Wyprowadzić ich tak jak stoją.
Serwiliusz chciał protestować, ale Druzus go powstrzymał
-Nie pozwolisz zabrać odzienia? – zapytał Norbanusa, ale ten z uporem odmówił.
Marek westchnął i narzucił swój płaszcz na Serwilię.
Wyprowadzono ich przed dom. Terencja wyciągała ręce do wiernych służących, ale ci zostali odepchnięci od swej pani przez ludzi Norbanusa. Niewolników pętano powrozami i pędzono w dół ulicy. Kobiety i dzieci gorzko płakały, ale ich los był przesadzony.
– Zostaną wystawieni na sprzedaż, tak jaki cały wasz majątek. Opieczętować dom i wystawić straże – zarządził Norbanus – Nikt tutaj nie ma prawa wejść bez mojej zgody.
Terencja prawie zemdlała na ramieniu syna. Ten wycedził przez zęby:
-Zapłacisz za to.
– Uważaj komu grozisz! Nie ma piękniejszego widoku niż wasza rodzina na ulicy. Popatrz ilu ludzi przyszło popatrzeć.
Teraz dopiero Serwilia, jej brat i Druzus dostrzegli tłumy gapiów przed willą Serwiluszy.
– Dobrze im tak! Złodzieje i mordercy! – rozległy się okrzyki – Niech żyje trybun Gajusz Norbanus! Niech żyje! -przyłączyły się do nich inne.
Oblicze Norbanusa rozpromieniło się zupełnie.
– Lepiej zabierz ich stad, dopóki możesz – zwrócił się do Druzusa -Ludzie nie są przychylnie nastawieni.
Marek Liwiusz wezwał swoich ludzi. Powóz podjechał, a rodzina Serwiliuszy szybko zniknęła w jego wnętrzu, żegnana wyzwiskami i przekleństwami. Orszak z trudem przebijał się przez tłum, ale najemnicy Druzusa szybko go rozpędzili. Jednak nawet, gdy oddalili się od posiadłości, jeszcze dobiegały do nich gwizdy i złorzeczące okrzyki.
– Może zabiorę was do siebie?- głowa Druzusa znalazła się między zasłonami w powozie.
– Wolisz przyjąć gościnę jednego z wujów? -Serwiliusz zapytał matkę. Był cały blady, gdy wypowiadał te słowa. Terencja nic nie odparła, tylko zacisnęła usta. Wobec braku sprzeciwu Marek Liwiusz nakazał, aby kierowano się w stronę jego domu.

Gajusz Mariusz stał na środku swojego tablinum, trzymając w ręku niewielki zwój papirusa. Jego twarz przybrała szczególny rodzaj zasępienia. Nie wiedział, że ktoś obserwuje go od dłuższej chwili. Za kotarą stała kobieca postać. Jej ruchy były miękkie i płynne, jej postać delikatna i pełna gracji. Julia Maria odsunęła zasłonę i cicho zbliżyła się do męża.
– Powiesz mi, proszę, co się stało? – zapytała z troską, marszcząc czoło.
Mariusz ocknął się z zamyślenia. Ucałował powietrze nad czołem żony i usiadł przy stole.
– Nic takiego, moja droga. Nie zaprzątaj sobie głowy drobiazgami.
Podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Jestem twoją żoną od wielu lat i nie oszukasz mnie tak łatwo. Co się dzieje?
Mariusz nerwowo zmiął pergamin.
– Lucjusz Korneliusz pertraktuje z Marsami. To jego kolejny krok po wzięciu do niewoli Kopillusa, wodza Tektosagów.
– To raczej dobre wieści. Dlaczego więc jesteś zmartwiony?
– Teraz okryty nową sławą gotów zażądać wyższego stanowiska.
– Ty jesteś konsulem Rzymu. Musi odpowiadać przed tobą.
– Lucjusz Korneliusz nie odpowiada przed nikim. Ten człowiek zniszczy Republikę.
– Czy nie byłoby lepiej, gdybyś spróbował się z nim porozumieć? Ten konflikt nie służy wam obu.
Mariusz zasępił się, a na jego czole pojawiły się bruzdy.
– Nikt nie potrafi się z nim porozumieć. Jemu wciąż wydaje się, że życie jest sceną, a on na niej głównym aktorem. Trudno się temu dziwić. Przecież za młodu występował na scenie razem z ludźmi najgorszego pokroju…
Julia Maria popatrzyła na niego z niepokojem. Długo już byli małżeństwem i chociaż ona była dużo młodsza, rozumieli się doskonale. Stawiali czoło wspólnie wszystkim swoim problemom. Uchodzili za najbardziej wzorową parę w mieście. Jedyne czego im brakowało to dzieci. Razem wychowywali chłopca, którego Mariusz adoptował i uznał za swego dziedzica. Ten chłopiec był jednak dla nich kimś więcej niż dziedzicem imienia. On wypełnił pustkę w ich domu i sprawił, że czuli się rodzicami.
Pozornie byli bardzo udaną rodziną. Ale w głębi duszy Julia Maria wyczuwała, że jej mąż skrywał inną stronę osobowości. Tę, do której ona nie miała dostępu. Było w nim coś niezrozumiałego, co budziło w niej różne obawy.
-Obiecaj mi, że nie będziesz dążył do konfrontacji z Korneliuszem…
– Julio…
– Obiecaj mi proszę…
Popatrzył na nią niczym dobroduszny ojciec, który przygląda się swemu niemądremu dziecku.
– Obiecuję ci, że będę postępował w zgodzie z tym, co dyktuje mi zdrowy rozsądek.
Julia westchnęła. Wiedziała, że zbywa ją tą odpowiedzią.
– A Metellus? Obrażając go narażasz się wielu ludziom. Może wyda ci się to mało ważne, ale bywam wśród ludzi, słucham tego co mówią… I to mnie martwi.
– Odwiedzaj tych znajomych, którzy nie przysparzają ci zmartwień i nie roznoszą plotek.
– Wiesz, że to nie jest takie proste. Przejęłam się tym co się stało z Terencją i jej rodziną. Najpierw ten proces, pozbawienie tytułu senatorskiego, wygnanie, konfiskata majątku. Jak mogłeś pozwolić Norbanusowi na takie działania wobec kobiet?
– To co spotkało rodzinę Serwiliuszy jest winą starego Caepio. Gajusz Norbanus wzorowo wypełnia swoje obowiązki.
Julia Maria popatrzyła na niego inaczej. Zastanowiła się i podjęła inny wątek:
– To nie ma nic wspólnego z tym, że znowu czujesz się gorszy od nich, prawda? – zapytała niepewnie.
– Gorszy? Dlaczego miałbym czuć się gorszy?
– Ponieważ nie pochodzisz z jednego ze starych rodów.
Mariusz westchnął i objął ją ramieniem. Spojrzał jej głęboko w oczy.
– Jestem konsulem Rzymu, pierwszym człowiekiem Republiki. Mam za żonę przedstawicielkę jednej z najlepszych rodzin. Jak mógłbym się czuć gorszy?
Pokiwała ze zrozumieniem głową, ale te słowa nie przekonały ją.
– Zaczekam na ciebie z wieczerzą- powiedziała zbierając się do odejścia.
Przy wyjściu zatrzymała się, jakby chciała na nowo podjąć rozmowę. Ale westchnęła tylko i opuściła tablinum. Mariusz milcząco spoglądał jak zasłona podnosi się i opada. Gdy upewnił się, że Julii już nie ma, wymknął się do tylnej części ogrodu. Wezwał jednego z afrykańskich niewolników, któremu darował życie w czasie walk z Jogurtą. Chłopak był wyjątkowo zdolny i rezolutny, świetnie nadawał się do realizacji jego poleceń.
– Wiesz kogo do mnie wezwać?
– Wiem, domine.
– Pamiętaj! Nikt nie może cię zobaczyć. Umów nas tam, gdzie zawsze.
Chłopak uśmiechnął się domyślnie i zanim Mariusz odprawił go ruchem ręki, wybiegł prędko z domu.

Rozdział czwarty. Wśród swoich


Był w Rzymie ród, który chociaż plebejski, przewyższał najpotężniejsze rody patrycjuszy. Wyróżniał się ilością stanowisk, które piastowali jego członkowie. Z tego rodu wywodzili się konsulowie, a także pokaźna liczba pretorów, cenzorów i kapłanów. Mówiono o tej rodzinie, że jej członkowie przychodzili na świat, aby rządzić Republiką.
Był to ród Cecyliuszy Metellich.
Swoje pochodzenie wywodzili od Kekasa, towarzysza Eneasza, który razem z nim przybył do ziem italskich. Jeszcze inni twierdzili, że Kekas był synem samego boga Wulkana. Cecyliusze byli niezwykle dumni z tego przodka i ich duma była znakiem rozpoznawczym rodu.
W Rzymie prawie wszystko należało do nich lub do rodzin z nimi spokrewnionych i połączonych sojuszami. Posiadali ogromną rzeszę klientów, a w Senacie często forsowali swoje pomysły. Dostać za żonę Cecylię Metellę stanowiło niemały zaszczyt i otwierało furtkę do wspaniałej kariery. Urodzić się jako Cecyliusz Metellus znaczyło tyle samo co odnieść sukces w życiu. Nazwisko to stwarzało niezliczone możliwości.
Wille Metellich przypominały pałace wschodnich królów, tak wielki był ich przepych. Na obszarze całej Italii królowały posiadłości tego rodu.
Nawet największe rody patrycjuszy Klaudiuszy, Korneliuszy czy Waleriuszy musiały liczyć się z tym plebejskim rodem, który szturmem podbił Republikę. I chociaż czasami nostalgia za dawnym podziałem na kasty patrycjuszy i plebejuszy brała górę, to nikt nie mógł sobie wyobrazić Republiki bez Cecyliuszy.

Słońce wschodziło nad rezydencją rodu Metellich.
Imponujący, majestatyczny budynek górował nad innymi willami Palatynu. Z górnego tarasu rozciągał się widok na całe Wieczne Miasto, które teraz budziło się ze snu. Z daleka dochodziły pierwsze skrzypienia wozów, rozmowy robotników z piekarni, którzy rozwozili swój towar, nawoływania bakałarzy i zwykłych handlarzy spieszących na dzień targowy.
Ale w tej części Rzymu dzień wstawał leniwie. W rezydencji Metellich służba rozpoczęła poranną krzątaninę. Początkowo niespiesznie, ale w miarę upływu czasu coraz energicznej zajmowano się wyznaczonymi zadaniami. Tragarze odbierali towary z piekarni. Noszono wodę z impluvium, a w pomieszczeniach kuchennych przygotowano obfite śniadanie. W rodzinie Metellich wszystkie posiłki były przyrządzone z dużą wykwintnością. Jedni niewolnicy szykowali kąpiel dla państwa, gdy ci już wstaną, a drudzy przygotowywali ubrania. Niemal każde pomieszczenie wypełnione było pracującymi ludźmi. Tylko w pokojach należących do właścicieli nikt nie myślał o nowym rozpoczynającym się dniu. Wszyscy jeszcze byli pogrążeni w głębokim śnie.
W jednej z sypialni pod baldachimem ze złotogłowia spał w łożu młody mężczyzna. Nie był to jednak sen spokojny, bo raz po raz przewracał się nerwowo z boku na bok, a na czoło wystąpiły mu krople potu. Sen zmęczył go na tyle, że w pewnym momencie zerwał się z głośnym okrzykiem i usiadł na posłaniu. Ujął głowę w obie ręce i oddychał ciężko.
Zaalarmowany okrzykiem niewolnik wpadł do sypialni:
– Czy coś się stało, panie?
Młody mężczyzna, już całkowicie rozbudzony, przez chwilę chciał jakby go odprawić, ale zrezygnował z tego zamiaru. Wstał szybko z łoża i wyszedł na taras. Niewolnik podążył w ślad za nim.
Mężczyzna zacisnął ręce na balustradzie i oparł się na niej.
– Miałem zły sen – wyszeptał. Przyglądał się miastu, którego widok rozpościerał się przed nim. Doskonale widać było stąd Forum, razem z wszystkimi świątyniami i budynkami urzędów– Śniło mi się, że Rzym znowu spłynął krwią. Na ulicach leżały trupy… Trupy ludzi, których znam. A ich domy stały w płomieniach…
– Niech bogowie mają nas w opiece – wyszeptał sługa.
– Czasami myślę co byłbym w stanie zrobić, żeby do tego nie dopuścić? – zapytał sam siebie młody Kwintus Cecyliusz Metellus -Żeby to się nie wydarzyło, żeby do głosu nie doszli ludzie, którzy za nic mają prawa Republiki…
Zapanowała cisza, którą sługa lękał się przerwać. Wiedział, że jego pana często nawiedzały podobne koszmary. I że dojrzewało w nim pewne przekonanie, które mogło zaważyć na jego przyszłym życiu.
– Co uczyniłbyś, domine? – zapytał wreszcie niewolnik niepewnym głosem.
Długo trwało, zanim do uszu zaufanego sługi dotarła krótka odpowiedź. A gdy już zrozumiał jej treść, poczuł drżenie na całym ciele.
– Mógłbym nawet zabić.

Druzus zanurzył się głębiej w wodzie. Woda w łaźni wcale nie studziła jego emocji. Sprzeczne uczucia targały nim samym, a ciągle piętrzące się kłopoty wprawiały go w zły nastrój.
Powód jego zmartwień siedział naprzeciw niego. Druzus otarł mokre czoło i przyglądał się Serwiliuszowi. Już dobre pół godziny słuchał jego narzekań i zaczynały go one powoli nużyć. Pomoc jakiej udzielił Serwiluszom poróżniła go z własną rodziną. Co prawda, matka nie zabrała w tej kwestii głosu, ale wyczuwał, że nie jest zachwycona takim obrotem sprawy. Jego brat, Mamercus Emiliusz Lepidus i siostra Liwia Drusa buntowali się przeciw pomaganiu Serwiluszom. Liwia…każde jej spojrzenie protestowało przeciwko obecności tej rodziny w ich domu.
Zachowanie brata też pozostawiało wiele do życzenia. Mamercus został adoptowany przez Emiliuszy, miał przed sobą świetlaną karierę i władał całkiem sporym majątkiem. Zaczynał żyć na własny rachunek. Coraz bardziej oddalał się od Druzusa. A temu brakowało ich dawnych wspólnych rozmów. Gdy byli dziećmi, wszystko było prostsze, a teraz… Teraz czuł, że wyrasta między nimi niewidzialny mur, którego nic nie jest w stanie zburzyć. Nigdy nie przypuszczał, że może ich poróżnić polityka.
Niewolnicy roznosili pachnące kadzidła i ich woń wyrwała Druzusa z zamyślenia.
– Jak tak dalej pójdzie, to skończę jak Grakchowie…- zauważył Kwintus Serwilusz.
– Nie porównuj się z nimi… Twoja sytuacja jest inna.
– Katulus rozwiódł się z moją siostrą, nie mógł znieść skandalu. Znalezienie dla niej męża będzie wyjątkowo trudne. – Serwiliusz bacznie przyjrzał się Druzusowi, ale ten postarał się, aby jego twarz nie wyrażała żadnej emocji – Oby Metellus Celer nie poszedł w ślady Katulusa i nie odesłał mi drugiej siostry… Mamy tylu wrogów w Rzymie, że równie dobrze mógłbym otworzyć sobie żyły…
– To dlaczego tego nie uczynisz? – Druzus był już zmęczony.
Serwilusz utkwił w nim oczy niczym dwa sztylety.
– Tego chcesz? – mruknął niechętnie. – Żeby nasza rodzina zniknęła z powierzchni ziemi? Twoja reputacja nie ucierpiałaby, nie mówiąc o twojej karierze…
Druzus westchnął ponownie.
– Wiesz, że tak nie myślę. Wybacz moje słowa. To wypadki ostatnich dni sprawiły, że stałem się tak drażliwy.
Serwilusz nie wyglądał na przekonanego, ale chociaż wściekłość nim targała, postanowił się uspokoić. Nie zamierzał jednak darować tych słów Druzusowi.
– Rozumiem. I wiem jak ci trudno. Zwłaszcza, gdy własna rodzina się od ciebie odwraca.
Wspomnienie Emiliusza wywołało ukłucie serca. Druzus spochmurniał. Chciał usprawiedliwić brata, ale nie mógł znaleźć właściwych słów. Tak jakby te nie istniały. Lecz uwagę Serwiliusza zajęło nagłe pojawienie się nowych osób w łaźni.
– Ja chyba śnię – zaczął z narastającą wściekłością – To kiedyś było miejsce dla prawdziwych Rzymian, zasłużonych Republice… a dziś wpuszczają tu byle kogo…
– O kim mówisz? – Marek Liwiusz zwrócił głowę w stronę wejścia, gdzie ujrzał Kwintusa Sertoriusza, witającego się ze znajomymi. – Jest teraz bohaterem Rzymu, może przebywać gdzie chce.
– Niech go pochłoną piekielne moce Hadesu!- zaklął Serwiliusz – On tu będzie zażywał kąpieli, podczas gdy mój ojciec tuła się na wygnaniu…
– Co chcesz uczynić? Zachowuj się!
Serwilusz skinął na niewolnika, aby ten pomógł mu narzucić okrycie. Druzus spiesznie podążył za nim. Coraz dotkliwiej odczuwał beznadziejność swojego położenia. Przyjaźń z tą rodziną stawała się coraz trudniejsza.
Kwintus Serwilusz zmierzał wprost na Sertoriusza:
– Nie wiedziałem, że ta łaźnia jest godna takiego bohatera – zaczął sarkastycznie.
Sertoriusz popatrzył na niego, jak na muchę, która naprzykrza się człowiekowi.
– Nie szukam zwady.
– A czego szukasz? Sławy?
Myślisz, że pogrążając naszą rodzinę, staniesz się kimś lepszym, ważniejszym?
Druzus pociągnął Serwiliusza za ramię i wyszeptał cicho – Chodźmy już.
Serwilusz jednak uparcie kontynuował swoją wypowiedź:
– Myślisz, że dojdziesz na szczyt? Upadniesz z wielkim hukiem, a zrzucą cię ludzie, którzy teraz pomagają tobie wejść na górę. Zawsze będziesz tylko psem Mariusza, którego on czasem spuszcza z łańcucha.
Sertoriusz pobladł i ruszył do przodu.
Kilku mężczyzn wkroczyło między nich.
– Kwintusie Setoriuszu, nie warto.
Serwilusz roześmiał się dziko, ale Druzus trzymał go mocno za ramię i prowadził do wyjścia.
– Zastanów się Marku Liwiuszu! Zastanów się nad drogą, którą wybrałeś – zawołał za nim Sertoriusz.
– Kim on jest, żeby tak mówić? – Serwilusz próbował jeszcze oponować, ale został wyprowadzony.
Sertoriusz przez chwilę stał w milczeniu. Czuł na sobie ciekawskie, niekiedy rozbawione spojrzenia bywalców łaźni. Byli i tacy, którzy mu najwyraźniej współczuli, ale to wcale nie poprawiło jego nastroju. Skierował swoje kroki do frigidarium, aby chłodna woda go uspokoiła.

W jednej z tawern na Awentynie panował wzmożony przedwieczorny ruch. Część mężczyzn siedzących w rogu sali, oddawała się grze w kości. Wokół były ustawione stoły i ławy, przy których dobrze uraczeni winem klienci, albo kiwali się sennie, albo wręcz przeciwnie prowadzili ożywione dyskusje. Właścicielem był niski, korpulentny człowieczek, który kręcąc się między stolami dolewał klientom wina. Dwie pracujące tam kobiety na próżno szukały potencjalnego klienta, który mógłby okazać się dla nich hojny tego wieczoru. Dopiero pojawienie się kilku mężczyzn w opończach wzbudziło ich ciekawość. Wielu nowych ludzi kręciło się po okolicy. Po klęsce pod Arausio duża masa ludzi spłynęła do Rzymu.
Widok zakapturzonych mężczyzn nie był niczym niezwykłym. Tu każdy mógł prowadzić swoje interesy, mniej lub bardziej podejrzane. Tu każdy mógł zachować anonimowość. Wśród pijackiego odoru, przemieszanych zapachów jadła i niskiej jakości lampek, handlowano, kupczono i spiskowano. W tej tawernie zjawiali się ludzie, którzy mieli coś do ukrycia i nie chcieli, aby ich sprawy ujrzały światło dzienne.
Gruby właściciel wytarł spocone czoło
– Czego się napijecie, panowie? -zadał pytanie zacierając ręce, że trafili mu się tacy goście.
– Masz falerneńskie wino? -zapytał wyjątkowo melodyjnym głosem jeden z zakapturzonych mężczyzn.
– Tak, najprawdziwsze – odparł z dumą gospodarz. Chciał się przyjrzeć dokładniej gościowi, ale ten odwrócił od niego twarz. Naprzeciw niego siedział starszy mężczyzna, który już tak bardzo nie ukrywał swojej tożsamości. Gospodarz czuł, że jest to ktoś ważny i z całą pewnością gdzieś go widział. Ale w jego profesji lepiej nie było wiedzieć zbyt wiele.
– No dalej, przynieś to najprawdziwsze wino- ponaglił go jeden z mężczyzn. – Tylko nie dolewaj do niego zbyt dużo najprawdziwszej wody – zachichotał, ale starszy mężczyzna uciszył go spojrzeniem.
Gospodarz rzucając gniewne spojrzenia, odszedł w głąb tawerny.
– Nie zwracajcie na siebie uwagi- upomniał ich starszy mężczyzna. -Mamy ważne sprawy do omówienia.
Rozejrzeli się wokół, ale nikt ich nie obserwował. Kilku pijaczków spało w kącie kamiennym snem, a przy dwóch kolejnych stołach reszta gości raczyła się trunkami.
– Potrzebuję więcej pieniędzy, Mariuszu – oznajmił mężczyzna obdarzony melodyjnym głosem.
– Nie używaj nazwisk.
– Jeżeli tak bardzo się boisz, dlaczego wybierasz moje towarzystwo? – zapytał z uśmiechem Saturninus.
Jego charakter drażnił Mariusza. Na pozór Saturninus był elokwentny, ujmujący, o miłej powierzchowności i doskonałych manierach. Niespodziewanie potrafił przemienić się w bestię. Bestię zdolną do wszystkiego. Mariusza denerwowała ta nieobliczalność; to, że nie miał nad nim całkowitej władzy. Ale jedno wiedział na pewno. Potrzebował Saturninusa.
– Ja niczego się nie boję – odrzekł chłodno Mariusz – Strach przeszkadza w działaniu. Ile potrzeba ci pieniędzy?
– Dużo. Trzeba paru osobom zamknąć usta.
– Pamiętaj, że rekrutuję armie, potrzebuję środków.
– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę – Saturninus lekko pochylił się do przodu – Ale musisz wybierać, Mariuszu -Albo chwała na polu bitwy, albo kontrola nad miastem. A przecież zawsze powtarzałeś, że Rzym jest wart każdej ceny.
Mariusz spojrzał na niego wzrokiem pozbawionym wyrazu.
– Kontrolę nad miastem pozostawiam tobie. I pamiętaj o jednym. Nie zawiedź mnie. Bo jeśli mnie zawiedziesz, to będzie ostatnia rzecz jaką w życiu uczynisz. Zapamiętaj moje słowa.
Saturninus parsknął śmiechem.
– Nie boję się gróźb. Słyszałem je wielokrotnie. Nie martw się, potrafię zadbać o swoje i twoje interesy, konsulu. Jesteś teraz jak dyktator, skoro twój kolega na urzędzie rozchorował się i posłusznie zszedł z tego świata. To wspaniałe uczucie: samodzielnie rządzić Rzymem, prawda? Oczywiście pomogę ci ponownie zostać wybranym. Ale kto ma zostać drugim konsulem? Trudno będzie znaleźć tak dobrą kandydaturę jak martwy Aureliusz Orestes.
– Mam pewien plan. Wtajemniczę cię w odpowiednim momencie. Przyślę ci pieniądze. A teraz idź. Czekam tu na kogoś.
– Na bardziej posłusznych żołnierzy?
– Nie twoja sprawa. Idź.
– Jest jeszcze coś – Saturninus wstał – Chcę zostać trybunem ludowym. Pomożesz mi w wyborach.
Mariusz uśmiechnął się kwaśno
– Jeżeli taka będzie wola ludu rzymskiego- uśmiechnął się zagadkowo.
– Pomożesz mi czy nie? Chcę mieć twoje słowo. Nie jutro, ani za kilka dni. Chcę usłyszeć je teraz.
Oczy Mariusza raz zapalały się dziwnym blaskiem, by za moment gasnąć bez wyrazu.
– Mam twoje słowo, konsulu? – zapytał Saturninus, akcentując swoją wypowiedź.
– Niech i tak będzie. Gdy zostaniesz trybunem, dostaniesz zadania. Polegam na tobie, bo polecił cię Gajusz Norbanus.
– Nie będziesz żałował.
– Oby – bąknął Mariusz, zmęczony całą tą rozmową.
– Najlepsze wino – oznajmił gospodarz, stawiając na stole puchary.
– Na zdrowie – Saturninus uśmiechnął się na pożegnanie i wyszedł. Na ulicy owiało go chłodne powietrze. Otulił się szczelniej płaszczem. Skinął na swoich ludzi i już miał skręcić w jedną z ulic, gdy nagle wyrosła przed nim postać. Doskonale ją znał. Kwintus Serturiusz mierzył go zimnym wzrokiem. Fala zaskoczenia malowała się na jego twarzy. Saturninus uśmiechnął się lekko, zamierzał wyminąć Sertoriusza i oddalić się jak najszybciej, gdy zatrzymały go słowa:
– A więc to prawda? Jesteście razem w zmowie?
– Zbyt wielkie słowa, Kwintusie Sertoriuszu. Jak widzisz, bywamy w podobnych miejscach na Awentynie. Mogę odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania.
Twarz Sertoriusza zmieniła się nagle – O nie, na moje pytania ty nigdy nie będziesz znał odpowiedzi.
I odszedł pozostawiając Saturninusa w osłupieniu. Ten słyszał wiele o charakterze Sertoriusza. Ale co innego było słyszeć, a co innego przekonać się o tej legendarnej niezłomności. Płynąć pod prąd, gdy w jego ciele tkwiły barbarzyńskie strzały! Zwykły człowiek nigdy by nie przeżył. Saturninus stał przez chwilę niepewny co ma czynić, wreszcie ruszył w swoją drogę, nie chcąc pozostawać w pobliżu tawerny ani chwili dłużej.
Tymczasem w Sertoriuszu burzyła się krew. Mariusz współpracował z ludźmi pokroju Saturninusa. A więc plotki okazały się prawdą! Ten typ Saturninus śmiał mu się prosto w oczy! A Mariusz wszystkich okłamywał. Miał w sobie tyle bezczelności. Sertoriusz poczuł, że wszystkie mięśnie mu się napinają i robi mu się niedobrze. W tej sytuacji czuł, że jego spotkanie z Mariuszem jest nie na miejscu. Chciał już odejść, gdy drogę zastawili mu ludzie w opończach.
– Dostojny Gajusz Mariusz chce z tobą rozmawiać, panie- powiedział jeden z nich.
– Ale ja nie chcę rozmawiać z dostojnym Mariuszem. Przekażcie mu, że zatrzymały mnie ważne sprawy.
Jeden z ludzi Mariusza schwycił go mocno za ramię.
– Wybacz, panie, ale mamy rozkaz od samego konsula Rzymu.
– Zabierz rękę – warknął Sertoriusz – Bo żaden konsul Rzymu ci już nie pomoże…
Przywódca grupy skinął na tego, który trzymał za ramię Sertoriusza. Ręka puściła.
– Dostojny Mariusz czeka w środku.
Sertoriusz przez chwile oceniał swoje możliwości w starciu z tymi ludźmi, ale ostatecznie zrezygnował z tego rozwiązania. „No dobrze. Zobaczymy, co ma do powiedzenia” pomyślał.
Skierował swoje kroki do tawerny. Przez moment przyzwyczajał oczy do warunków panujących w środku, a nozdrza do smrodu. Dostrzegł Mariusza i jego ludzi przy jednym ze stołów w głębi. Mariusz uśmiechnął się delikatnie na jego widok.
– Witaj Kwintusie Sertoriuszu. Jak zdrowie?
Niedbałość, z jaką konsul wypowiedział to zdanie sprawiła, że Sertoriusz zatrzymał się bez słowa. Wbił oczy w Mariusza, chcąc przejrzeć jego prawdziwe zamiary. Ale uznał, że to bezsensowne.
– Nie chciałeś mnie widzieć, żeby rozmawiać o moim zdrowiu. – wyrzekł cicho. Konsul znów się uśmiechnął.
– Wiesz co najbardziej mi się w tobie podoba, Kwintusie? – zaczął protekcjonalnie konsul – Twoja szczerość.
– To nie jest ostatnio opłacalna cecha.
– Prawda – Mariusz potaknął- Proszę cię, usiądź.
– Nie zamierzam-przerwał Sertoriusz- Nie sądzę, abyśmy mieli sobie coś do powiedzenia. – Sertoriusz skierował się w stronę wyjścia, ale dwóch ludzi znów zastąpiło mu drogę.
– Podoba mi się twoja szczerość i dlatego będę z tobą równie szczery. Zyskałeś potężnych wrogów, Sertoriuszu. To cię nie obchodzi?
Sertoriusz odwrócił się i utkwił oczy w Mariuszu.
– Myślę, że wiesz o kim mówię – kontynuował konsul – To niebezpieczne, gdy chodzisz sam podejrzanymi zaułkami Rzymu. Możesz być śledzony.
– Niebezpieczna jest twoja znajomość z Saturninusem, panie – podkreślił dobitnie Kwintus.
Mariusz westchnął.
– Niedobrze się stało, że widziałeś na razem. Ale z drugiej strony…Zrozum, że ludzie tacy jak Saturninus mogą być bardzo potrzebni w życiu. Nigdy nie wiadomo z w jakiej sytuacji się znajdziemy. I wtedy trzeba poszukać różnych rozwiązań.
– Saturninus ma być lekarstwem na twoje problemy? – zapytał kpiąco Sertoriusz -Z całym szacunkiem, ale on może przysporzyć nowych.
Twarz Mariusza zmieniła wyraz.
– Umiem o siebie zadbać. A kłopoty… cóż, od wieków są nieodłącznym towarzyszem ludzkiego losu. Nie o tym chcę z tobą mówić…Usiądź, Sertoriuszu. Mam dla ciebie pewną propozycję.
– Skąd wiesz, że chcę jej wysłuchać?
– Spotkałem w swoim życiu wielu ludzi i nigdy nie pomyliłem się w ich ocenach. Jest coś na czym zależy ci bardziej niż na własnym życiu. To Rzym. Czyż nie mam racji? To jedno słowo znaczy dla ciebie więcej niż tysiąc innych.
Mariusz wypowiadając te słowa badał oblicze Sertoriusza.
– Chcesz wykorzystać moją troskę o Rzym do swoich politycznych celów – stwierdził Sertoriusz siadając.
– Tego nie ośmieliłbym się uczynić. Wiesz, że tworzę nową armię. Ale to wymaga czasu. A my musimy znać już dziś każdy krok przeciwnika. I musimy być przygotowani na wszystko.
Kwintus słuchał tego z uwagą.
– Nareszcie mówisz z sensem, konsulu.
– Zanim armia zostanie odbudowana, muszę rozeznać się w sytuacji. Szpiedzy mi nie wystarczą. Potrzebuję ludzi odważnych, na których będę polegać, gdy nadejdą trudne dni. Dlatego muszę wiedzieć: jesteś ze mną, Sertoriuszu?
Mariusz znów badawczo spojrzał w oczy młodego oficera.
– Jeżeli stawką jest Rzym, to tak. Jestem z tobą.
– A zatem posłuchaj mnie uważnie…

Za każdym razem, gdy wyjeżdżał, czuła ból w sercu. Oczywiście, starała się to ukrywać ze wszystkich sił. Martwiły ją jednak okoliczności wyjazdu. Chciała poznać więcej szczegółów, jednak odpowiedzi jakich udzielał jej syn, były raczej wymijające.
– Wiem, że jest ci ciężko. Też nie lubię, gdy się rozstajemy- Sertoriusz stanął obok matki. Oboje byli w bibliotece, gdzie porządkowali dokumenty przed jego wyjazdem.
– Nie powinnam zadawać tego pytania. Ale czy ty nie uciekasz przed Serwiliuszami? Doniesiono mi o tym co stało się w łaźni. To niesprawiedliwe, żeby stać się wygnańcem, gdy postępuje się w zgodzie z własnym sumieniem – w oczach Rei zaszkliły się łzy.
– Nie jestem wygnańcem. I przed nikim nie uciekam. Mariusz rekrutuje nową armię, muszę mu pomóc…
– Nie mówisz mi czegoś, ukrywasz przede mną pewne sprawy…
– Jesteśmy rozbici, ojczyzna jest w niebezpieczeństwie. Muszę jechać- Sertoriusz ujął matkę za podbródek – sama mnie uczyłaś, że obowiązek względem ojczyzny jest najważniejszy. Nawet, gdy inni o tym zapominają…
Rea uśmiechnęła się przez łzy.
– Jesteś prawdziwym darem od losu – wyszeptała. – Codziennie za ciebie dziękuję.
Sertoriusz uśmiechnął się, ale zaraz potem spochmurniał. Na jego czole pojawiła się jedna podłużna bruzda.
– Wiesz matko – zaczął w zamyśleniu – Tu, w Rzymie, wśród swoich, czuję się czasami bardzo zagubiony. Te ich ciągłe kłamstwa, intrygi, obłuda… Z każdej strony. W niektórych sytuacjach nie wiem jak się zachować, którą wybrać drogę…
Rea nie dała po sobie poznać, jak bardzo przeraziły ją te słowa. Pogłaskała syna po ręce, tak jak to miała w zwyczaju czynić, gdy był małym chłopcem.
– Po tej wielkiej klęsce jaka dotknęła Rzym ludzie stali się bardzo niespokojni. Poszukują różnych rozstrzygnięć. Ale sam się przekonasz, że z czasem wszystko się ułoży. Ludzie wrócą do normalnego życia, do swoich zwykłych zajęć.
Sertoriusz potaknął niepewnie głową. Chociaż rozsądek podpowiadał mu inaczej, chciał wierzyć w te słowa równie mocno jak matka.

Rozdział piąty. Między wrogami


Drzewa pochylały się nad nim, zniżając swoje piękne, bujne korony. Dziewiczy las tętnił pełnią życia, bogactwem roślinności i obfitością ptactwa i zwierzyny.
Młody chłopak przystanął na leśnej drodze. Nasłuchiwał. Spojrzał w prawo, gdzie wśród zarośli przesuwali się dwaj mężczyźni. W rękach trzymali długie naostrzone oszczepy. Chłopiec mocniej ścisnął w dłoni taką samą broń. Nerwowo przełknął ślinę i zaczął przesuwać się w tym samym kierunku co pozostali. Las, pełen nieznanych zapachów, potęgował w nim odczucie emocji.
To było jego pierwsze polowanie.
W myślach powtarzał zapamiętane słowa ojca. Wszystkie rady i wskazówki zlewały się w jedną całość. W ustach zrobiło mu się całkowicie sucho. Rozpoznawał teraz każdy szmer, każdy odgłos, który wydawała ta bezkresna zielona głusza.
W pewnym momencie spojrzał na ojca, który ruchem ręki wskazywał mu coś, co znajdowało się przed nim. Wstrzymał oddech. Zarośla poruszyły się, chłopak instynktownie popatrzył przed siebie. Panowała głucha cisza. Niespokojny ciemny kształt poruszył się i z głośnym łopotem skrzydeł przeleciał obok niego. To był tylko miejscowy ptak. Ale chłopiec już wiedział, że coś musiało go wypłoszyć. Usłyszał szybkie stąpnięcia, zarośla zakołysały się i rozchyliły, ukazując młodemu myśliwemu majestatyczny okaz dzika. Chłopiec nie spodziewał się tak potężnego osobnika. Zwierzę powoli wytoczyło się na leśną ścieżkę, rozpaprując ziemię obok siebie. Nagle dzik zatrzymał się i znieruchomiał. Chłopak również stał nieporuszony, trzymając oburącz oszczep, wycelowany i gotowy do rzutu. Przez jeden osobliwy moment myśliwy i jego ofiara mierzyli się wzrokiem, pewni nieuchronnej konfrontacji. Nagle dzik ruszył w jego stronę. Chłopak zamachnął się z całych sił i rzucił oszczepem. Broń przecięła powietrze i upadła tuż obok dzika.
Chybił.
Rozjuszone zwierzę ruszyło w jego kierunku. Już miało go dopaść, gdy usłyszał świst i kolejne oszczepy, tym razem jego ojca i wuja, uderzyły w bestię. Dzik zacharczał i zwalił się na ziemię tuż przed nim. Chłopiec poczuł, że w tej chwili jest cały mokry od potu. W powietrzu rozległ się przerażający krzyk jego ojca:
– Uciekaj!
Chłopak sam nie wiedział kiedy poderwał się do biegu i co nim kierowało. Nie widział, że potężny dzik, pomimo dwóch oszczepów tkwiących w jego ciele, z wysiłkiem dźwignął się z ziemi. Że zignorował nadbiegających, starszych mężczyzn i ruszył w pościg za młodym myśliwym.
Chłopiec pędził jak oszalały, gałęzie drzew uderzały go po twarzy i ramionach, raniąc dotkliwie. A odległość pomiędzy nim a goniącym go zwierzęciem ciągle malała. Nie wiedział, gdzie są ojciec i wuj. Wiedział, że to mogą być ostatnie chwile jego życia. Nagle zwierzę wydało z siebie ryk. Był on tak donośny, że dreszcz przebiegł całe jego ciało. Potężny król puszczy zwalił się z łoskotem na ziemię. Chłopiec był ogromnie zaciekawiony tym co się stało, ale przebiegł jeszcze sporą odległość, aby znaleźć się w bezpiecznym miejscu.
Dopiero, gdy upewnił się, że dzik go nie ściga, zdecydował się wrócić. Skradał się bardzo powoli wypatrując miejsca, gdzie zwierzę upadło. Był pewien, że dzik osłabł z powodu ran zadanych mu przez ojca i wuja. Jakież było jego zdziwienie, gdy ujrzał martwe zwierze i pochylającego się nad nim nieznajomego myśliwego. Przybysz wprawnym ruchem ręki sprawdzał, czy zwierzę na pewno jest martwe. Z przeciwnej strony nadbiegli też zdyszani jego ojciec i wuj. Zatrzymali się równie zaskoczeni. Nieznajomy podniósł się na ich widok.
I wtedy ojciec chłopaka zrozumiał co się stało. Wiedział, że zawdzięcza życie swojego syna temu nieznajomemu.
– Jestem Adal, a to mój brat i syn -wskazał ręką chłopca.
Przybysz popatrzył na nich spokojnymi oczami.
– Będzie z niego myśliwy, chociaż na razie jest zbyt nerwowy – stwierdził w ich dialekcie, a potem wyciągnął z gardła zwierzęcia trzeci oszczep. Ten, który uśmiercił zwierzę.
– To jest nasz dzik. My wytropiliśmy go pierwsi i mamy prawo do tego mięsa.-oznajmił hardo chłopak, najwidoczniej rzucając wyzwanie przybyszowi.
Ojciec nakazał mu ruchem ręki spokój.
– Nie zamierzam odbierać wam mięsa – odrzekł nieznajomy-Widziałem twój atak. Potrzebowałeś pomocy, więc ci jej udzieliłem. To wszystko. – dodał wycierając sztylet.
– Kim jesteś? – zadał pytanie Adal, bacznie obserwując przybysza.
– Nie jestem stąd. Jestem Amburonem. Na imię mi Eldar. Idę z wiadomością do wodza Teutoboda.
– Od kogo?
Mężczyzna zawahał się przez chwilę.
– Od druida Elmara.-dokończył.
Obaj bracia popatrzyli najpierw na siebie ze zdumieniem, a potem na obcego z podziwem. Chłopiec również poczuł, że krew w jego żyłach zaczęła szybciej krążyć. Słyszał tyle historii o druidzie. Jego postać owiana była legendą wśród wszystkich plemion.
Przybysz zebrał swoje rzeczy i zapytał:
– Idziecie do obozu? Mogę wam towarzyszyć? – zapytał.
– A jeżeli on kłamie, ojcze? – zawołał chłopiec. Był upokorzony pomocą ze strony nieznajomego, chociaż doskonale rozumiał, że brak tej pomocy oznaczał dla niego pewną śmierć. Ojciec znów go uspokoił. Nie mieli powodów by wątpić w prawdziwość jego słów. Władał ich dialektem, odziany był w amburoński strój. Sztylet, który trzymał przy pasie, miał rękojeść, jaką wyrabiali Cymbrowie. A więc musiał być wysłannikiem. Długie włosy, zarost, świadczyły o tym, że wyglądał jak amburoński wojownik.
Oczywiście Adal nie był głupcem. Wiedział, ze wszędzie roiło się od rzymskich szpiegów. Ale ten człowiek uratował przed chwilą jego jedyne dziecko.
– Uspokój się, Alardzie – powiedział do syna, a do nieznajomego zwrócił się słowami. – Idziemy do obozu. Chodź z nami – oznajmił.
Wiedział, że słowa ojca są niepodważalne. Zamierzał jednak obserwować obcego. I ten najwidoczniej to wyczuł. Pomógł im umocować dzika na oszczepach i razem dźwignęli ogromne zwierzę.
Z wysiłkiem ruszyli przed siebie.
Obóz nie znajdował się daleko, ale ciężko było do niego dotrzeć. Prowadziła do niego tylko jedna leśna ścieżka. Z innych stron otoczony był prawdziwą głuszą.
Teutonowie odgrodzili się drewnianymi palisadami, ale wiadomo było, że nie pozostaną w tym miejscu długo. Czekała ich dalsza wędrówka w stronę życiodajnych pól italskich. Nieznajomy przyglądał się zabezpieczeniom wokół obozu z pewną dozą obojętności. Gdy rozlał się przed nim widok na cały obóz, zrozumiał, że wśród Teutonów dużą część stanowiły kobiety i dzieci.
Adal popatrzył na wszystko z dumą. – Jesteśmy wielkim ludem. A to nie jest nasz jedyny obóz. Czy wasz obóz jest równie potężny? – zapytał z powątpiewaniem.
Nieznajomy nie odpowiedział. Przeszli bramę i znaleźli się w środku. Otoczyła ich gromada dzieciaków, które z głośnymi okrzykami pokazywały sobie dzika, gdy mężczyźni nieśli go w głąb obozu.
Potężne zwierzę musiało wzbudzić zainteresowanie. Niektórzy myśliwi przystawali patrząc z zazdrością, ale i podziwem. Kobiety przerywały swoje prace, pranie lub mielenie ziaren i również odprowadzały łapczywym okiem króla puszczy. Adal i jego brat zwalili dzika przed swoją chatą. Wyszły z niej ich żony, które zaczęły oględziny niezwykłego okazu. Okrzykom, gwarowi, nie było końca.
Nieznajomy stał na uboczu, przyglądając się wszystkiemu. Wreszcie Adal opowiedział wszystkim o pierwszej próbie polowania syna i wskazał przybysza jako jego wybawcę.
Ciekawskie spojrzenia skierowały się na Eldara. Szeptano, jak świetnym był myśliwym, pokazywano sobie piękny sztylet, a wreszcie powtarzano, że znał samego druida. Prawie cały obóz zbiegł się, aby zobaczyć zwierzę i myśliwego.
Na końcu zjawili się wysłannicy Teutoboda, który wzywał go do siebie. Otoczony przez tłum gapiów udał się we wskazane miejsce.
Teutobod rezydował w położonym w samym środku obozu budynku. Chociaż zbudowany w bardzo szybkim tempie, miał mocną konstrukcję. Wewnątrz było całkiem jasno. Jedynym źródłem światła i ciepła było rozpalone palenisko. Wokół niego na ławach zasiadła starszyzna plemienna. Za przybyszem do środka weszło kilku mężczyzn, między innymi Adal i jego brat Hagen.
Młody Alard, przez nikogo niezauważony, również wśliznął się do środka i ukrył w rogu sali. Wódz Teutobod siedział na ławie pokrytej skórami. Tuż za wodzem stała stara, siwowłosa kapłanka. W ręku trzymała przedmiot, niewidoczny dla zebranych. Jej pomarszczona twarz była bardzo skupiona, a jej wargi mamrotały niezrozumiałe dla innych słowa.
Z daleka Teutobod wyglądał niepozornie, ale gdy przybysz stanął przed nim, zmienił zdanie. Jego sylwetka była szczupła i nijaka, ale twarz była twarzą prawdziwego wodza. Zdecydowana, niewzruszona, pokryta licznym bruzdami. Lewy policzek przecinała niewielka blizna. To w tej twarzy Eldar mógł wyczytać życiorys Teutoboda. Wszystkie jego kampanie, trudy i przeciwności losu wyryły na tym obliczu nieśmiertelne piętno.
Cała starszyzna skupiona była wokół paleniska. Ogień palił się w nim nierówno, ale napełniał całe pomieszczenie przyjemnym ciepłem. Teutobod przyglądał się przybyszowi. Trudno było ocenić, jakie myśli rodziły się w jego głowie.
– Mówisz, że przysyła cię druid Elmar – powiedział wódz zmęczonym głosem – Wielki to człowiek, choć tylko raz było mi dane go spotkać.
Szmer rozmów przebiegł przez zebranych, ale Teutobod ich uciszył.
– Siadaj i ogrzej się przy ogniu- zachęcił nieznajomego.- Jak cię zwą?
– Eldar.
– Nie jesteś stąd, prawda?
– Jestem Amburonem, moi przodkowie przed laty przyłączyli się do plemienia.
W oczach Teutoboda pojawił się błysk.
– Amburoni obiecali nam pomoc, niedaleko jest ich obóz.
– Wiem. Bracia Amburoni potwierdzają, że staną razem z dzielnym ludem Teutonów do walki. Powiedz kiedy, a przybędą z odsieczą.
Teutobod zmrużył oczy. Był zmęczony tą przedłużającą się kampanią. Tak długo już szukali miejsca, gdzie mogli się osiedlić na dobre.
– Mocne są twoje słowa. A druid Elmar? Czy myśli tak jak ty?
– Druid Emar wyczytał zwycięstwo…
Szmer znów przeszedł po sali. Niektórzy z zebranych zaczęli nawoływać. Teutobod ich uciszył.
–…ale zobaczył pewne warunki, które muszą zostać dopełnione.
– Jakie warunki?
– Musimy zaatakować Rzymian teraz, jak najprędzej.
– Skąd ten pośpiech?
– Jeżeli ich wódz Mariusz zbierze wielką armię, nie damy mu rady.
– Mądre są jego słowa – rozległy się głosy – Zaatakujmy! Teraz mamy okazję!
– Nie są wystarczająco silni! Pokażmy Rzymianom kim są Teutoni!
Okrzyki narastały, kilku mężczyzn poderwało się. Wymachiwali rękami przed samym obliczem Teutoboda, jakby chcieli nakazać mu posłuszeństwo.
Teutobod poderwał się nagle gwałtownie.
– Uciszcie się! – powiedział gromkim głosem – Przypomnę tym z was, którzy zapomnieli, co jest największą siłą naszego plemienia! Nigdy nie działaliśmy pochopnie! Nigdy! I dlatego staliśmy się wielkim ludem.
Głosy uciszyły się, wojownicy cofnęli się pod wpływem swojego wodza.
– Nie znam tego człowieka! – wskazał Eldara – Być może on ma rację. Może powinniśmy uderzyć na Rzymian, gdy nie są gotowi. Ale moja wiedza i doświadczenie podpowiadają mi inaczej. Dlatego zaczekamy. Również na wieści od naszych braci Cymbrów.
Jeden z przedstawicieli starszyzny również się podniósł i zaczął:
– Posłuchajcie bracia. Wódz ma rację. Nie wiemy kim jest ten człowiek, który zachęca nas do walki z Rzymianami. A jeśli jest on ich sługą?
Eldar postąpił gniewnie do przodu.
– Uważaj kogo nazywasz sługą Rzymian! – warknął ostro.
Teutobod zbliżył się do przybysza. Spojrzał mu głęboko w oczy.
– Czy masz dowody na to co mówisz? -zadał pytanie.
Kamienne oblicze nieznajomego rozpromieniło się:
– Mówisz, że spotkałeś kiedyś druida. A zatem powinieneś pamiętać to.
I wyciągnął z sakwy pierścień. Był to niewielki klejnot, ale symbol wyryty na środku sprawił, że oczy Teutoboda rozbłysły.
Stary wódz wziął go do ręki i długo oglądał. Musiał być zadowolony z oględzin, bo oddal Eldarowi cenny przedmiot. Skinął jednak ręką na starą kobietę, która stała za nim. Kapłanka wystąpiła do przodu. Zbliżyła się powoli do przybysza i okrążyła go dwa razy. Jej siwe włosy i biała szata, którą miała na sobie, sprawiały, że przypominała istotę z zaświatów. Pomarszczona twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Przed Eldarem postawiła naczynie z brązu. Ujęła jego dłoń i przyłożyła do niej niewielki nóż ofiarny. Nieznajomy nawet nie drgnął, gdy przecięła skórę i skierowała strużkę krwi nad naczynie.
Wszyscy oczekiwali w napięciu. Chłopiec wychylił się ze swej kryjówki, aby lepiej widzieć co się działo. Starucha podniosła naczynie i wróciła na swoje miejsce obok wodza. Eldar oberwał kawałek stroju, aby zawinąć rękę.
– Zostaniesz wśród nas- zawyrokował Teutobod – Ale nie oddalaj się zbyt daleko od obozu. Niech Adal udzieli ci gościny.
– Jak rozkażesz – przybysz kiwnął głową potakująco.
Gdy odszedł w towarzystwie obu braci, Teutobod przywołał do siebie kapłankę. Ta spiesznie wyszeptała mu coś do ucha.
Chłopiec, którego bardziej interesowała osoba nieznajomego, wymknął się z budynku. Postanowił nie spuszczać Eldara z oczu. Jeżeli jest on rzymskim szpiegiem, to on dowie się jako pierwszy.

Obóz tętnił życiem.
Przybysz powoli poznawał wszystkie aspekty tej społeczności. Bardzo szybko umocnił też swoją pozycję. Jego imię znali wszyscy. Dzieci pokazywały go palcami i mówiły o nim: uczeń druida. Świadomość, że znał druida Elmara czyniła go kimś niezwykle ważnym dla całej osady.
Nauczył się rytmu życia obozu. Mężczyźni albo polowali, albo budowali. Jedno i drugie zajęcie wymagało siły, energii i dużych nakładów czasu. Poznał hierarchię tego ludu: myśliwi zdobywali pożywienie, a więc dostarczali życie. Inna grupa, która zajmowała się wyrobem broni dla myśliwych, też cieszyła się sporym uznaniem. Budowniczy byli rośli i silni, ich tężyzna fizyczna często zdumiewała…
Kobiety również imponowały siłą. Niektóre walczyły na równi z mężczyznami, polowały. Inne wyplatały kosze, dekorowały naczynia, szyły ubrania. Ich zręczne ręce potrafiły oprawić każde zwierzę. Zwinność i szybkość ruchów ułatwiała przygotowanie posiłków. W osadzie nawet dzieci miały jasno wyznaczone obowiązki: starsze pomagały rodzicom albo zajmowały się młodszym rodzeństwem. Cała społeczność tworzyła jeden dobrze zgrany organizm, w którym wszystko uzupełniało się nawzajem.
To co zobaczył przeczyło plotkom, które słyszał o tym ludzie. Nie zachowywali się jak niektóre barbarzyńskie ludy Północy. Najbardziej zdumiało go poważanie, jakim obdarzyli go plemienni. Przychodzili do niego ze swoimi problemami, prosili o radę. Młody sąsiad Adala poprosił go o pomoc, gdy chciał poślubić jedną z dziewczyn, ale ojciec tamtej się nie zgadzał. Wystarczyła jego krótka interwencja i obie rodziny osiągnęły porozumienie.
– Niech bogowie cię chronią i zapewnią ci jadło i dostatek – wyrzekł wdzięczny chłopak. Eldar w takich chwilach uśmiechał się w odpowiedzi i nic nie mówił. Nie chciał wdzięczności.
Jego uwagę zaprzątały inne sprawy. Od kilku dni badał zabezpieczenia w obozie na wypadek ataku.

Zwiadowcy Teutoboda donieśli wodzowi o nowych rzymskich oddziałach. Wiedziano już, że Mariusz rekrutuje ludzi za duże stawki. Że wciela do armii nawet członków nadgranicznych plemion, którzy za rzymskie pieniądze byli gotowi zdradzić swoich braci. Wódz chciał wiedzieć czy główne siły Cymbrów wracały w te rejony, ale łączność z nimi była przerwana. Wszyscy wysłani zwiadowcy nie wracali. Nie było też żadnych wieści od Bojoryksa.
Jedynym człowiekiem, któremu udało się przedostać z tamtych terenów był Eldar. Teutobod zastanawiał się czy można mu wierzyć, ale on wiedział tyle o druidzie Elmarze, że był wiarygodny.
Teutobod i starszyzna rozważali całą sytuację. Rzymianie okopali się niedaleko, mogli tam przepędzić całą zimę. Zwiadowcy i szpiedzy donosili, że nie mają zamiaru stawać do regularnej bitwy z Teutonami. Wódz głowił się dlaczego. Słyszał o Mariuszu, że to dobry przywódca i jako żołnierz umie się bić. Ale on był zupełnie inny niż tamci dwaj dumni Rzymianie: Caepio i Maximus. On potrafił schować dumę i podejść przeciwnika, gdy tego wymagała sytuacja. I Teutobod zaczynał się go obawiać. Wtedy pod Arausio miał ze sobą Cymbrów. A teraz mieli walczyć sami, wspierani przez część Amburonów.
Starszyzna nakazała mu zwinąć obóz i ruszyć w głąb Italii. „Nie możemy tu siedzieć całą zimę”, mówili. „Nie mamy wystarczająco dużo zapasów. Tam w dolinie są osady, wioski i miasta. Jest dużo żywności. Rzymianie nie zgromadzili przewagi liczebnej. Gdyby tak było, zaatakowaliby nas. Cymbrowie wypędzili rzymskie legiony i pozbyli się tych, którzy stawiali opór. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy pójść na sam Rzym. Nie ma go kto bronić.”
Teutobod wiedział, że to słuszne słowa, ale poznał już trochę Rzymian. Ci, którzy im ulegli, opowiadali jak walczą, gdy muszą się posunąć do ostateczności. Zrozumiał, że jedyną drogą jest poddanie tej decyzji głosowaniu.
Kazał więc głosować swoim ludziom. Większość zdecydowała o wymarszu.

Nieznajomy ciągle gdzieś znikał.
Alarda zastanawiały te niekończące się wędrówki. Pewnego popołudnia postanowił iść za nim. Eldar wybierał mało uczęszczane szlaki, zapuszczał się w przepastne zarośla zielonej głuszy. Alard szedł za nim cierpliwie. Kilkakrotnie o mało nie stracił go z oczu. Wreszcie zniknął.
Chłopak krążył usiłując trafić na jego trop. Ale bezskutecznie. Klnąc własną głupotę, że tak łatwo dał się wyprowadzić w pole, postanowił wrócić do obozu. Gdy przechodził obok rozłożystego drzewa, ciemny cień wyskoczył zza niego i jednym ruchem położył go na ziemi. Alard nawet nie zdążył krzyknąć, uderzył tylko głucho o podłoże.
Gdy pocierał obolałe miejsce, Eldar pochylił się nad nim.
– Dlaczego mnie śledziłeś? Dlaczego wciąż za mną chodzisz?
Podał rękę chłopcu, ale ten odepchnął ją i jednym skokiem stanął wyprostowany.
– Nie ufam ci. To wszystko – dodał otrzepując z siebie ziemię.
Eldar uśmiechnął się do niego.
– Masz do tego prawo. Imię Alard oznacza szlachetny i odważny, a takie imię zobowiązuje. Chodź, pokażę ci coś.
Chłopak spojrzał na niego ze złością, ale Eldar ruszył przed siebie.
Alard był wściekły, że dał się tak łatwo podejść. Początkowo nie zamierzał iść za Eldarem, ale ciekawość wzięła nad nim górę.
– Myślisz, ze jestem tak głupi… Pójdę za tobą, a ty mnie zabijesz… – podjął ostatnią próbę.
– Gdybym chciał cię zabić, zrobiłbym to już wiele razy. Nie sądzisz? Na początek zostawiłbym cię temu dzikowi.
I zniknął wśród zarośli. Chłopiec powoli ruszył za nim.
Dłuższą chwilę przedzierali się przez leśną gąszcz.
Eldar uśmiechnął się nieco ironicznie, widząc rosnące zainteresowanie chłopca.
– Tutaj uważaj, bo możesz się potknąć. Widzisz tamto miejsce?
I pokazał coś ukrytego w zaroślach. Gdy chłopiec pokiwał przecząco głową, rozchylił krzaki. Alard ujrzał rozstawione w dole sidła.
– Polujesz? – zapytał z niedowierzaniem. – to było ta tajemnica?
– Powiedziałem, że zdobędę więcej pożywienia dla ludzi w obozie. I zamierzam dotrzymać danego słowa.
Chłopak cmoknął z podziwu. Eldar był najlepszym myśliwym jakiego znał. Lepszym nawet od jego ojca i wuja, a przecież obaj byli cenieni przez starszyznę.
To popołudnie spędził z nieznajomym. Zadawał mu mnóstwo pytań, a tamten z wielką cierpliwością wszystko mu tłumaczył. Alard pomyślał, że nawet ojciec i wuj nie poświęcają mu tyle czasu. Tyle mógł się nauczyć, tyle dowiedzieć. Powoli wszystkie jego wątpliwości się rozwiały.
– Skąd wiedziałeś, że cię śledziłem?
– Mam swoje sposoby.
Chłopiec był zakłopotany, ale i pełen podziwu dla umiejętności myśliwego. I czuł wstyd, że źle ocenił intencje Eldara. Ojciec przekonywał go o tym wielokrotnie, a przecież ojciec nigdy się nie mylił. Poczuł, że czeka go nieunikniona kara za jego podejrzenia.
– Powiesz w obozie, że cię szpiegowałem?
– W jakim celu? Rozumiem, ze nie ufasz obcym. I szanuję to.
– Wrócę teraz do domu, bo będą mnie szukać. Ale… przyrzekam, że nie będę więcej podążał za tobą.
Spojrzał na Eldara, jakby chciał rozpoznać jego myśli, ale nie dowiedział się niczego z jego twarzy. I powoli zaczął się oddalać.
Eldar długo patrzył za odchodzącym.
Jego kształty wreszcie rozpłynęły się w leśnej gęstwinie. Ale myśliwy jeszcze raz upewnił się, czy chłopca już nie ma.
Tylko w ten sposób Kwintus Sertoriusz zdobył pewność się, że nie jest śledzony. Westchnął ciężko do swoich myśli. Odkąd znalazł się w obozie było mu coraz trudniej. Na początku to zadanie wydawało się takie proste, ale teraz… Teraz niczego nie był pewien. Przez te kilka miesięcy życia wśród tych ludzi poznał ich i zrozumiał. Nie byli dla niego dzikim, niezrozumiałym ludem. Znał ich mowę, znał obyczaje. Byli wysoce rozwiniętą społecznością z takim samym prawem do życia jakie przysługiwało innym ludziom.
I dokonał odkrycia, które napełniło go dziwnym przestrachem. Oto życie w tej prostej społeczności, było bardziej przyjazne niż życie w pełnym intryg i błyskawicznie zmieniających się sojuszy Rzymie. Ta refleksja przeraziła Sertoriusza aż do głębi.
Odwrócił się i pobiegł wzdłuż szpaleru drzew. Nie chciał już myśleć. Chciał jak najszybciej znaleźć się tam, gdzie w umówionym miejscu czekał na niego ukryty zwiadowca.

Rozdział szósty. Krassus


Wielki, wijący się niczym wąż orszak sunął leniwie jedną z ulic Kwirynału. Na przodzie jechali uzbrojeni strażnicy, sam środek zarezerwowany był dla kilku powozów, z których jeden wyróżniał się zdobieniami.
Nie spieszono się. Liczni tragarze i niewolnicy nie poruszali się zbyt szybko, aby nie uszkodzić żadnej z przewożonych rzeczy. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że to orszak królewski, tak wielki był jego przepych. Ale Rzym nie miał króla. Potwierdzały to plebejskie herby rodowe umieszczone na powozie. Niejeden przechodzień, który ustępował teraz z drogi czyniąc miejsce dla orszaku, znał te herby na pamięć. Połyskiwały dumnie w słońcu świadcząc o potędze tego rodu. Były to herby Licyniuszy.
Orszak powoli przesuwał się w górę, a miejsce, do którego zmierzał, przypominało prawdziwy pałac. Osadzony na wzgórzu, ze wszystkimi swoimi skrzydłami i tarasami, górował nad innymi willami. Otoczony ogrodami na kilku poziomach, przywodził na myśl baśniowe rezydencje wschodnich władców.
Od dobrej godziny do pałacu płynęła nieprzebrana rzesza klientów, aby powitać swojego patrona. Tłum szczelnie wypełniał dziedziniec tuż za główną bramą. Ustawiany w grupki, podzielony według hierarchii przez służących, czekał w niecierpliwym podnieceniu.
Wyzwoleńcy i niewolnicy zajęli miejsca się po obu stronach szerokich schodów, prowadzących do głównego wejścia.
Wreszcie powóz podjechał. Rozsunięto zasłony. Najpierw wyłonili się dwaj wyzwoleńcy, najbliżsi współpracownicy towarzyszący panu w jego rozlicznych podróżach.
Jeden z niewolników podstawił stopnie pod wejście do powozu.
I wtedy wysiadł on – Lucjusz Licyniusz Krassus.
Wszyscy zebrani pochylili się w głębokim ukłonie. On omiótł zgromadzonych bystrym spojrzeniem i najwidoczniej zadowolony wstąpił na schody. Nawet gdy przekroczył już próg domu, wszyscy składali mu hołd.
W środku oprócz najbliższej rodziny czekała na niego niezliczona liczba służby, zgromadzona w głównym atrium.
Lucjusz Krassus niedbale zrzucił z siebie płaszcz, który w locie pochwycił jeden z jego niewolników. Inny klęcząc, zmieniał mu sandały. Jeszcze inny przyniósł złotą czarę z wodą, aby pan mógł umyć ręce po podróży.
Krassus ucałował żonę Mucję i pogłaskał córkę po głowie. Rozejrzał się po atrium, nabrał powietrza w nozdrza i oznajmił z radością:
– Jak dobrze być w domu!

Druzus stał przed potężnymi, okutymi drzwiami prowadzącymi do pałacu Krassusa. Motłoch bardzo szybko tak zaczął nazywać imponujący budynek. Na ulice Kwirynału wysypywały się tłumy gapiów, aby podziwiać to architektoniczne cudo.
Druzus był bardziej sceptyczny. Willa w nieokreślony sposób go przytłaczała. To nie jej nachalny przepych tak na niego działał, to coś innego sprawiło, że czuł się jak podróżny, który znalazł się w niewłaściwym miejscu. Podwoje się otworzyły i został wprowadzony do środka.
Wnętrze było równie oszałamiające. Szczególną uwagę przykuwały strzeliste kolumny wykonane ze specjalnego marmuru, sprowadzonego aż ze wschodu. Compluvium było przeszklone i właśnie to szkło powodowało, że na dolnej posadzce światło odbijało się, tworząc osobliwą grę cieni. Druzus zamknął na chwilę oczy, bo poczuł, że kręci mu się w głowie od tego niecodziennego zjawiska.
Po wyjściu z atrium znalazł się w jednym korytarzu, a po chwili w następnym. Odniósł wrażenie, że oto nie znajduje się w rzymskim domu, tylko w nieznanym mu labiryncie, z którego nie ma ucieczki. Po drodze mijał pokoje wypełnione drogimi tkaninami, dywanami, wzorzystymi kilimami. Wszystko to przytłaczało go coraz bardziej.
Nagle ten cały obraz się rozpłynął i Druzus oraz jego przewodnik znaleźli się na gigantycznym tarasie, wyłożonym różnobarwnym kamieniem. Słońce oślepiło go nieco, więc zmrużył gwałtownie oczy. Usłyszał nad sobą donośny głos przewodnika, obwieszczający jego przybycie:
– Dostojny Marek Liwiusz Druzus.
Teraz dopiero zaczął się rozglądać w poszukiwaniu gospodarza. Nie było to łatwe zadanie w tym gąszczu rzeźb, bujnych roślin, bukietów lilii i peonii, niewolników i spacerujących egzotycznych ptaków. Minął dwa myśliwskie psy, z których jeden obwąchał go, a drugi zamerdał radośnie. Zbliżył się do balustrady i zachwycił rozciągającą się przed nim panoramą. Przed sobą widział miasto, gwarne ulice, wypełniony po brzegi ludźmi port nad Tybrem, ogrody innych patrycjuszy. Wszystko wydało mu się tak bliskie i jednocześnie tak dalekie. Teraz zrozumiał dlaczego Krassus wybrał to miejsce na swoją siedzibę. Stał jak urzeczony. Z zamyślenia wyrwał go dopiero lekko rozbawiony męski głos:
– Jest piękne, prawda?
Teraz dopiero dostrzegł sofę w cieniu wschodnich drzew i półleżącego na niej gospodarza. Krassus podniósł się niedbale i zbliżył do niego.
– Stąd wszystko wygląda tak spokojnie, majestatycznie. Ale to tylko pokrywa, a pod nią drzemią wszystkie zbrodnie tego miasta. Piękne i niebezpieczne zarazem. Jest jak narkotyk. Odurzy cię, pochłonie bez reszty, a później…
– A później ?-podchwycił Druzus.
– To zależy co jest twoim przeznaczeniem… Wypij, doskonałe wino z Chios.
Niewolnik podał na tacy puchar zdobiony klejnotami.
Druzus ujął go delikatnie w obie dłonie i upił łyk. Nigdy wcześniej nie kosztował tak znamienitego wina.
– Niestety jeden z moich statków z winem zatonął.
– To przykre, stracić statek i załogę…
– Statki można wynająć, niewolników kupić, ale wina szkoda – podsumował Krassus.
Podszedł do balustrady i stanął obok Druzusa. Był to człowiek wciąż młody. Nie ukończył jeszcze lat czterdziestu. Jednak na jego włosach pojawiły się już pierwsze oznaki siwizny. Ruchy miał sprężyste, zwinne, a ciało delikatne i wypielęgnowane.
Druzus badał przez chwilę jego twarz, która momentami przybierała melancholijny wyraz. Cóż to był za mówca! Największy orator swoich czasów. Każde zdanie wypowiadał powoli, spokojnie, akcentując kolejne sylaby.
Gdy miał trochę więcej niż dwadzieścia lat, wygłosił mowę przeciwko Papiriuszowi Karbo i zachwycił cały Rzym. Wszyscy wiedzieli, że oskarżony był winny. Papiriusz nie czekając na wyrok sądu, odebrał sobie życie. Zaś Krassus zyskał miano wielkiego oratora i zdobył ogromny rozgłos. Nikt jednak nie wiedział co się działo z nim samym. W duchu wielokrotnie żałował, ze podjął się tego oskarżenia. Tłumił w sobie wyrzuty sumienia. Sprawę pogarszał fakt, że zniechęcił do siebie ród Papiriuszy i kilka innych powiązanych z nimi rodzin.
Ale dopiero inne wydarzenie wyryło prawdziwe blizny na jego sercu. Druzus doskonale znal tę historię. Kilka lat temu Krassus podjął się obrony swojej kuzynki, Westalki Licynii. Za pierwszym razem odniósł spektakularny sukces, ale gdy ponownie wznowiono proces, Licynia została skazana. Kara jaką dla niej przewidziano była najgorszą z możliwych. Biedną dziewczynę spuszczono do małej komnatki pod ziemią. W komorze zostawiono odrobinę jedzenia i niewielką lampkę, a następnie zamurowano otwór. Krassus wiedział, że oskarżenie było wynikiem matactw skierowanych przeciwko niemu. I chociaż od tamtego czasu minęła już dekada, nigdy o tym nie zapomniał. Ten proces zmienił go na zawsze. Wciąż pamiętał te oczy, gdy ją wyprowadzono, wciąż pamiętał ten krzyk…
Druzus przypominał sobie wszystkie fakty z życia swojego gospodarza. Chciał go zrozumieć, ale to nie było proste. To co najbardziej uderzało w postaci Krassusa to brak cech typowych dla zepsutego bogacza. Ale to był rys charakterystyczny dla wszystkich Licyniuszy. Bajeczne fortuny i ani cienia wyższości czy zarozumiałości. To ich odróżniało od Klaudiuszy, niektórych Korneliuszy czy choćby Cecyliuszy Metellich. Traktowali bogactwo jak naturalną kolej rzeczy.
– Powinieneś poczytać dzieła wybitnych Greków o układach politycznych – zaproponował Krassus.
– Wybitnym Grekom nie było dane mieszkać w Rzymie.-spokojnie stwierdził Druzus -Żaden, nawet najlepszy pisarz nie potrafi zrozumieć naszej rzeczywistości. To co nas otacza jest tylko naszym udziałem. My jesteśmy świadkami tego co się dzieje wokół nas. Karty książek nie pomogą nam rozwiązać naszych problemów.
– Mam inne zdanie. Odpowiednio dobrane książki nieraz pomogły mi pojąć trafną decyzję. A z tego co słyszałem, to i ty, Marku Liwiuszu, posiadasz piękny zbiór ksiąg.
– Lubię czytać – przyznał Druzus – ale nie sprowadziłeś mnie tutaj, aby rozmawiać o książkach?
Krassus uśmiechnął się.
Przeszedł kilka kroków i zajął miejsce na sofie. Zaprosił gościa, aby ten zajął miejsce na sąsiedniej. Ruchem ręki wydał nowe polecenie grupie niewolników. Teraz Druzus ujrzał, że część tarasu jest zaprojektowana jako plansza do gry. Słyszał o tej rozrywce, rodem ze wschodu. Kilku arystokratów wprowadziło tę atrakcję w swoich domach, ale większość potępiła ją jako zajęcie niegodne Rzymianina. „Niewolnicy – pionki” ustawili się na „planszy”.
– Nie jestem zadowolony z wyboru zięcia – oznajmił bezpośrednio Krassus. Miał na myśli Korneliusza Scypiona, męża swojej starszej córki Licynii. -Scypion nosi nazwisko swoich wielkich przodków, ale nawet nie jest ich marnym cieniem-powiedział ujmując niedbale puchar z winem.
Druzus usiadł i uważnie go obserwował.
– Bogowie nie obdarzyli mnie synem, tylko córkami – powiedział cicho Krassus. – Licynia Młodsza jest moim największym skarbem. Muszę bardzo rozważnie wybrać kandydata na jej męża. Wiesz, co powiedział wróżbita w dniu jej narodzin? Czeka ją wielka przyszłość. Mężczyzna, którego ona poślubi będzie bardzo wpływowy, a ona będzie mieć Rzym u swoich stóp.
Druzus sceptycznie podchodził do podobnych rewelacji. Nie aprobował nadmiernego uzależnienia niektórych arystokratów od wszelkiej maści wróżbitów.
– Przez moment myślałem nad twoją kandydaturą – zauważył Krassus – Twoja matka jest z Korneliuszy i bardzo ją cenię. Przypomina mi matkę Grakchów -takich kobiet niewiele jest obecnie w Rzymie… Ale ty już wybrałeś za żonę Serwilię…
Druzus zarumienił się. Nie mógł wyjawić Krassusowi prawdziwych okoliczności tego zaplanowanego już małżeństwa. Nie mógł powiedzieć, że pewnej nocy Serwilia po prostu wśliznęła się do jego łoża. I już tam została. Gdy powodowany wstydem wobec matki i rodziny Serwiluszy, następnego dnia poprosił o jej rękę Kwintusa, ten ochoczo się zgodził. Status Serwilii w domu Liwiuszów się zmienił – z gościa miała stać się panią domu. A on bez żadnych przeszkód mógł udzielić gościny w swoim domu teściowej i szwagrowi.
Jednak propozycja Krassusa schlebiała mu. Przez chwilę wyobraził sobie siebie na starość spacerującym po tym olbrzymim labiryncie. Ale błyskawicznie odrzucił od siebie te myśli.
– Nie mam do ciebie żalu. Rozumiem twoją decyzję. Tyle zrobiłeś dla tej rodziny. Mimo postawy Norbanusa wykupiłeś sporą część ich majątku.
– Ty, panie, również broniłeś starego Caepio.
– Prawda. Widzisz jakie to miasto jest skomplikowane. Każdy ma swoje tajemnice, zobowiązania wobec innych. Czasami ciężko jest oddychać w tym gąszczu przysług…
Krassus wykonał kilka ruchów ręką. Niewolnicy ustawili się inaczej.
– Ta gra nauczyła mnie cierpliwości i trudnej sztuki przewidywania. Zawsze musisz mieć w głowie wizję kilku ruchów do przodu. Życie w Rzymie przypomina grę. To gra, której nie możesz przegrać, bo stawką w niej jest życie. Każdy, kto pojawia się na Forum, kto wchodzi na scenę polityczną jest zwykłym pionkiem. Od niego samego zależy czy pozostanie pionkiem, którym kierują inni, czy sam podejmie grę.
Tu spojrzał głęboko w oczy Druzusowi.
– A ty, Marku Liwiuszu, chcesz włączyć się do gry?
Druzus był zbyt oszołomiony, żeby odpowiedzieć. Żaden logiczny argument nie przychodził mu teraz do głowy.
Krassus z kolei przypominał człowieka, który doskonale zna ludzka naturę. Wiedział jakie myśli kłębią się teraz w głowie jego gościa i to go bawiło.
– Oczywiście, że chcesz. Boisz się do tego przyznać nawet przed samym sobą.
Ta melancholia i szósty zmysł w polityce czyniły z Krassusa niebezpiecznego gracza. On znał wszystkie pytania i wszystkie możliwe odpowiedzi.
Druzus wiedział, że nigdy nie osiągnie takiej pozycji jak on. Ale próżność, która tak bardzo starał się w sobie zwalczyć, mąciła jego zdrowy rozsądek.
– Chciałbym służyć Rzymowi. Najlepiej jak potrafię- powiedział z rozbrajającą szczerością.
– Służba ojczyźnie! Jakie to piękne i wzniosłe! Nakarmiono nas w dzieciństwie wielkimi ideałami! Polityka to coś zupełnie innego. Weźmy jako przykład Gajusza Mariusza. Jego propaganda o Cymbrach i Teutonach maszerujących na bezbronnych Rzymian zyskała posłuch i wzbudziła przerażenie u ludzi. Cymbrowie ante portas! – roześmiał się ironicznie.
– Czyż barbarzyńcy nie są zagrożeniem dla Rzymu?
Krassus westchnął z politowaniem.
– Sam widzisz, to wyjątkowo skuteczna propaganda.
Druzus ponownie zarumienił się niczym uczeń, który został przyłapany na udzieleniu błędnej odpowiedzi.
– Moi szpiedzy już dawno poinformowali mnie, – kontynuował Krassus- że barbarzyńcy są nieskuteczni, nie mają konkretnego planu i sami nie wiedzą gdzie chcą się osiedlić. Bardzo liczną grupę u nich stanowią kobiety i dzieci. Za to świetnie nadają się jako straszak do walki na naszej arenie politycznej. Mariusz doskonale to rozumie. Dlatego kolejny rok został konsulem, co jest pogwałceniem wszystkich praw naszej świętej Republiki.
Znów wykonał ruch ręką i zmienił ustawienie pionków na planszy.
– Jeśli chcesz rozpocząć karierę, musisz mieć pieniądze. Bez nich jesteś w Rzymie nikim. Będą ci potrzebne, gdy ubiegasz się o stanowiska pretora lub edyla. Igrzyska kosztują majątek. Musisz zacząć od porządnej kwestury, dlatego proponuję Azję Mniejszą.
– Azję? – wpadł mu w słowo Druzus.
Poczuł jak oblewa go zimny pot. Wyjazd z Rzymu oznaczał, że musi zostawić rodzinę Serwiliuszy na pastwę losu i rozstać się z Serwilią.
Krassus natychmiast odgadł jego myśli.
– Nie obawiaj się. Pod twoją nieobecność włos nie spadnie z głowy rodzinie twojej ukochanej- zaakcentował końcówkę. – Nastroje wyraźnie się poprawiły.
– Norbanus ma wsparcie w postaci Saturninusa i jego ludzi.
– Znajdę na to rozwiązanie. Pomogę ci, napiszę listy polecające, otworzę przed tobą możliwości. Będziesz ubiegał się o kolejne tytuły.W przyszłości jako trybun będziesz też potrzebował większego domu niż ten, w którym mieszkasz. Z tego właśnie powodu zbudowałem tę rezydencję, bo moje dwie posiadłości na Palatynie są stanowczo zbyt małe. Zobaczysz, ja cię stworzę dla świata- Krassus rozmarzył się.
Ta wizja była kusząca. Druzus oczyma wyobraźni widział przebieg swojej świetlanej kariery. Od kwestury do konsulatu. Ale wiedział też jedno: wszystko w Rzymie miało swoją cenę. Czuł się jak ktoś kto właśnie zaprzedał duszę diabłu. Był to diabeł elokwentny, ujmujący, ale jednak diabeł. To pytanie powoli w nim narastało.
– Czego oczekujesz w zamian?
Zapanowała cisza. Krassus ujął kolejny puchar i leniwie obrócił go w dłoniach.
– Absolutnej lojalności. Będziesz moim człowiekiem do końca moich lub twoich dni.
Druzus spodziewał się tych słów. Za każdą przysługę w życiu trzeba zapłacić. A co dopiero za taką przysługę! Krassus otwierał przed nim świat, nowe możliwości. Taka okazja mogła się nie powtórzyć. Licyniusze nie należeli do ludzi, którzy proponowali coś dwa razy.
Marek Liwiusz musiał się zgodzić. I Krassus to wiedział.

Te kilka tygodni przygotowań do wyjazdu upłynęły bardzo szybko. Krassus dotrzymał słowa, oferując pomoc we wszystkim. Inwestycje, które mu doradził, okazały się wyjątkowo intratne. Pozbył się niedochodowych posiadłości. Matka i bracia przyjmowali te działania spokojnie. Ale to były tylko pozory. Podczas jednego wieczoru w rezydencji Emiliuszy między nim a Lepidusem doszło do ostrzejszej wymiany zdań. Mamerkus nie pochwalał Krassusa jako nowego patrona brata.
– Jesteś tylko narzędziem, które ma mu pomóc w zdobyciu konsulatu. Jeżeli nie okażesz się przydatny, wbije ci nóż w plecy.
– Jeżeli widzisz lepszą drogę, wskaż mi ją, proszę. A może mam czekać tak jak ty, aż rodzina Emiliuszy kiwnie palcem w mojej sprawie. Krassus pomógł mi w wyciągnięciu starego Caepio z więzienia…
– Wracamy do punktu wyjścia. Na pierwszym miejscu rodzina Serwiliuszy…Rozumiem, że chciałeś im pomóc, szanuję twoją szlachetność… Ale, na bogów Marku, dlaczego musisz łączyć nazwisko naszej rodziny z nazwiskiem najbardziej znienawidzonej rodziny w całym Rzymie…?
– Z czasem ludzie zapomną o tym o tym co się stało… Czas zaciera najboleśniejsze rany, a ja ją kocham…
– Czy ona wie o twojej chorobie?
Nie, tego nie wiedziała. Ataki epileptyczne Druzusa były najbardziej strzeżonym sekretem rodziny. Zawsze towarzyszył mu w pełni zaufany służący, który nigdy nie pozwalał, aby ta tajemnica ujrzała światło dzienne.
Druzus wiedział, że część argumentów brata była słuszna, ale z raz obranej drogi się nie wycofał.
Nigdy nie był tak szczęśliwy jak w dniu, w którym poślubił Serwilię. Chociaż Emiliusz zapowiedział, że nie pojawi się na ślubie, to uradowany Marek dostrzegł go w orszaku weselników. Cała rodzina Liwiuszy musiała zaakceptować jego wybór.
Nie było takiej rzeczy, której by dla niej nie poświęcił. Dzięki wstawiennictwu Krassusa, uzyskał zgodę od Katulusa, aby Serwilia mogła częściej widywać córkę…
Z niepokojem liczył dni do wyjazdu. Ale termin zbliżał się nieuchronnie…
W przeddzień wyjazdu do Azji, ujrzał Serwilię stojącą przy wejściu do ogrodu. Wiatr delikatnie rozwiewał jej ciemnobrązowe włosy i jasnozieloną suknię. Gdy podszedł, powitała go jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów.
– Jesteś gotów?
– Tak – odparł cicho.
– A zatem jedź. Ale… obiecaj mi jedno.
– Wszystko czego pragniesz.
– Okryj się chwalą w Azji i wróć jako bohater. Niech inni ci zazdroszczą- tu zawahała się przez chwilę – Niech wszyscy ci zazdroszczą.
Nagle znalazła się w jego ramionach i poczuła jak on zamyka jej usta namiętnym pocałunkiem.
– Będzie jak zechcesz – usłyszała jego odpowiedź.

Raz na pewien czas Rzymem wstrząsało zdarzenie, które poruszało masową wyobraźnię i nie schodziło z ust wszystkich. Nie inaczej było i tym razem.
Wiadomość o tym, że Gajusz Mariusz zaręczył jedynego syna z córką Lucjusza Krassusa, wywołała w Rzymie prawdziwe poruszenie. Najpierw powtarzano ją jako plotkę. Ot, służba z jednego domu szepnęła słówko służbie innego domu. Nie było potwierdzenia, więc powtarzano tę plotkę w termach czy innych miejscach publicznych. W krótkim czasie ciekawostka obiegła całe miasto. I w jeszcze krótszym została oficjalnie potwierdzona.
Było to wielkie wydarzenie. Oto najpotężniejszy człowiek w państwie, Gajusz Mariusz żenił syna z córką najbogatszego Rzymianina. Nobilowie mieli nowy powód do zmartwień. Konsul umacniał swoją pozycję. Teraz, gdy otrzymał dodatkowe wsparcie w postaci fortuny Krassusa, wydawało się niemożliwe, aby rozstał się z tytułem pierwszego człowieka Republiki. Co prawda z małżeństwem musiano zaczekać. Pan młody jeszcze nie przywdział toga virilis, a panna młoda była niewiele młodsza. Ale sam fakt zaręczyn zmieniał układ sił w Republice.
Wiedziano kto najwięcej ucierpi na tym sojuszu. Część senatorów odsunęła się od Cecyliusza Numidyjskiego. Jego pozycja z dnia na dzień stawała się coraz gorsza. Wiedzieli o tym sojusznicy Metellich, którzy już dziś próbowali zająć bardziej neutralne stanowiska. Wszyscy otrzymali jasny sygnał, że Mariusz zamierza się rozprawić ze swoim największym wrogiem.

Kwintus Cecyliusz Metellus opuścił zasłony lektyki.
Nie chciał wdychać kurzu i zapachów hałaśliwego miasta. Tragarze nieśli go od forum Romanum i torowali sobie drogę, rozpędzając na boki gęstniejący o tej porze dnia tłum.
– Przejście dla szlachetnego Kwintusa Cecyliusza Metellusa! – domagali się idący na przedzie lectarii.
Metellus był w złym nastroju. Miał za sobą trudne posiedzenie senatu, po którym po raz pierwszy poczuł się jak przegrany. Domagał się odwołania Saturninusa i jego stronnika Serwiliusza Glaucji.
Wygłosił płomienną mowę i był pewien jej efektu. Ale tym razem natrafił na zdecydowany opór. Po raz pierwszy widmo porażki zajrzało mu w oczy. A przecież Numidicus potrafił wzbudzać respekt w ludziach. Był niczym spokojny wiatr, który wycisza wzburzone fale.
– Zostaliśmy uczciwie wybrani! To wbrew zasadom – grzmiał Glaucja.
– Ty! Ty śmiesz mówić o zasadach! Ty i twoi sprzymierzeńcy zamieniliście Republikę w prostytutkę z Subury! – odkrzyknął Metellus i poczuł na sobie złowieszcze spojrzenie Saturninusa.
Wspomnienie tych obrad budziło w nim odrazę. Chciał jak najszybciej zapomnieć o tym dniu. Ponaglił niewolników, aby skręcili w boczną uliczkę i szybciej przedzierali się do domu.
Nagle tragarze niosący lektykę zatrzymali się.
– Panie, nie wychylaj się – usłyszał szept wiernego sługi. Nim miał okazji zapytać co się dzieje, bo w kierunku lektyki posypały się grudki błota i kamienie. Jeden z nich zranił go w czoło.
Wtedy zrozumiał prawdę: został napadnięty. Poczuł suchość w ustach, krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach, a serce walić jak oszalałe. Napadnięty, on Metellus Numidicus, były konsul i pretor republiki! Gdy kiedyś wniesiono przeciwko niemu oskarżenie o korupcję, sędziowie śmiejąc się, natychmiast oddalili wniosek. Był gwarancją integralności praw Republiki! A teraz? Padł ofiarą zwykłych bandytów, wynajętych za pieniądze szumowin. Jak bogowie mogli pozwolić na podobną niesprawiedliwość? Wydawało mu się to wręcz niemożliwe. A jednak, wokół siebie słyszał wrzawę: jęki jego rannych służących mieszały się z okrzykami napastników i postronnych świadków. Takie barbarzyństwo, tu, w sercu samej Republiki!
Lektyka znalazła się na ziemi, a on, cały poturbowany, został osłonięty przez wiernego sługę. Jego ludzie odpierali atak zamaskowanych bandytów.
Po raz pierwszy poczuł przerażenie. Zrozumiał, że jest w sytuacji bez wyjścia. Że jego życie może się skończyć, tu niedaleko Forum Romanum. Tu, gdzie wielokrotnie przemawiał do ludu rzymskiego.
Zdawało mu się, że minęła całą wieczność. Wtedy do jego uszu dobiegł okrzyk „Ojcze!” Jego syn, jego jedyne dziecko!
Młody Kwintus Cecyliusz próbował dotrzeć do lektyki ojca, ale grupa uzbrojonych ludzi wyrosła tuż przed nim. Niewiele myśląc sięgnął po broń. Pierwszego, który go zaatakował, błyskawicznie powalił na ziemię. Skrzyżował ostrze z drugim napastnikiem. Nie widział dobrze jego twarzy, bo była zasłonięta. Nie obchodziło go z kim walczy, chciał jak najszybciej dotrzeć do lektyki ojca. Jednym pchnięciem pokonał przeciwnika. Krew prysnęła na wszystkie strony, napastnik osunął się na kolana, a później padł na twarz.
Kwintus był już przy lektyce. Atakujący bandyci, widząc młodego Cecyliusza i jego ludzi, zaczęli się wycofywać.
– Ojcze! – krzyczał przerażony, widząc przewróconą lektykę. Numidicus leżał pod splątanymi zwojami zasłon obok osłaniającego go, rannego sługi.
– Żyje? – zapytał, gdy syn pomógł mu wstać – Ocalił mi życie.
– Żyje – odparł młody Kwintus i przywołał swoich ludzi, żeby zajęli się rannym. Po napastnikach nie było śladu.
– Kto śmiał! Kto śmiał mnie zaatakować?- wyjąkał Numidicus, powoli dochodząc do siebie
Syn opatrywał jego krwawiące czoło.
– Nic mi nie jest – Numidicus odsunął dłoń młodego człowieka.
– To banda Saturninusa. W mieście jest pełno jego najemników.
– To koniec Republiki, to jej koniec – jęknął ponownie Numidicus – Jesteśmy świadkami jej upadku.
– Nie poddamy się, ojcze. Oni tylko na to czekają.
Ale Numidicus był pełen obaw. Czuł, że oto przegrał to starcie. Podobnie jak w senacie.
– Wracajmy do domu. Wejdziemy tylnym wejściem, żeby matka nas nie widziała.
Młody Kwintus starał się ze wszystkich sił pocieszyć ojca, ale w duchu wiedział, że to koniec i czekają ich trudne chwile. Pomógł wsiąść Numidicusowi do lektyki, którą podnieśli i otoczyli zwartym kordonem jego ludzie.
Wydał im też rozkaz, aby zaryglować wszystkie wejścia do domu.

Wiadomość o zaatakowaniu Metellusa lotem błyskawicy obiegła Rzym. Utarczki pomiędzy trybunami zdarzały się często, ale pierwszy raz podniesiono rękę na człowieka takiej rangi jak Kwintus Cecyliusz Metellus Numidicus. Wiedziano, że Saturninus nie ośmieliłby się tego uczynić, gdyby za nim nie stał Mariusz.
Blady strach padł na senatorów, nawet tych kupionych przez Mariusza. Bo jeśli on dziś uczynił coś podobnego, to co jest w stanie uczynić jutro?

Rozdział siódmy. Syryjska kapłanka


Popołudniowe słońce chyliło się ku zachodowi.
Grupa osadników podążała drogą w ślad za elegancką lektyką i jej eskortą. Ludzie starali się nadążać za orszakiem, a strach narzucał im tempo. Wszyscy: mężczyźni, kobiety i dzieci, rozumieli jak niebezpieczna jest ta okolica. Wiedziano,że zbrojne bandy Teutonów napadały okolicznych mieszkańców. Spalono część wiosek i niejedną osadę. Mieszkańcy w popłochu uciekali w głąb Italii, szukając schronienia w większych miastach. Ta kraina przypominała wymarły ląd.
Pomimo zagrożenia, elegancka lektyka wzbudzała zainteresowanie u miejscowych. Szybko rozeszła się wieść, że podróżuje nią kobieta. Tutejsi ludzie rzadko widywali kobiety o takim statusie, toteż wyobraźnia dyktowała im przeróżne spekulacje odnośnie jej tożsamości.
Niekiedy między zasłonami mignął rąb bogato zdobionej sukni lub ręka ubrana w złote bransoletki. Próbowano dowiedzieć się kim była ta kobieta, ale eskortujący lektykę strażnicy nie byli zbyt rozmowni. „Kapłanka” obiło się o uszy co wytrwalszym. „Gość dostojnego Mariusza”.
Słońce świeciło coraz słabiej.
Grupa zatrzymała się na krótki postój. Posilano się szybko, uciszano dzieci, aby nie sprawiły hałasu. Ciekawskie spojrzenia kobiet wędrowały w stronę lektyki, ale tym razem kotara nie drgnęła.
Marta była już zmęczona wścibskimi spojrzeniami.
Niewolnicy podnieśli lektykę, gdy grupa wznowiła pochód.

Byli już za wzniesieniem, gdy krzyk jednej z kobiet przeciął powietrze.

Zrozpaczona pochylała się nad dzieckiem, z którego ciała sterczał grot strzały. Kolejny świst przerwał ciszę. Śmiercionośna strzała tym razem utkwiła w szyi jednego z jeźdźców jadących na przodzie. Zwalił się on na ziemię. Grad następnych zasypał ludzi. Krzyki, panika i chaos ogarnęły podróżnych. Żołnierze eskortujący lektykę próbowali zająć pozycje i wypatrzyć niewidocznego dotąd wroga. Barbarzyńcy wyrośli jakby spod ziemi i zatopili się w tłumie niczym dziki zwierz, który zatapia kły w szyi ofiary.
Niewolnicy upuścili lektykę i rozpierzchnęli się na wszystkie strony. Ludzie tratowali siebie nawzajem, usiłując uciec przed wrogiem, który znajdował się dosłownie wszędzie. Płacz dzieci, zawodzenie kobiet mieszało się z okrzykami mężczyzn, którzy próbowali ich bronić. Tracili oni jednak życie w starciu z silniejszym przeciwnikiem.
Od chwili, gdy lektyka znalazła się na ziemi, Martę również ogarnął przeraźliwy strach. Jej niewolnica próbowała się wyplątać z zasłony, na którą wpadła przy upadku. Gdy to się jej udało, wyskoczyła z lektyki, ale tylko po to, aby zatrzymać się nadziana na ostrze miecza barbarzyńcy. Po chwili jej ciało runęło do tyłu, a wstrząsana przedśmiertnymi drgawkami głowa znalazła się na kolanach jej pani. Marta z trudem powstrzymała się, aby nie krzyknąć z przerażenia. Wyczołgała się z drugiej strony lektyki. Znalazła się w niezbyt głębokim rowie i zaczęła się przesuwać do przodu. W pewnym momencie odważyła się spojrzeć do góry. Wokół niej rozszalało się piekło. Mordowano wszystkich.
Ale przy niej samej nie było napastników. Niedaleko znajdowała się niewielka kępa zarośli, która mogła dać jej schronienie. Zerwała się nagle i biegiem ruszyła w tamtą stronę. Brakowało jej kilka metrów, gdy nagle pomiędzy nią a gęstwiną pojawił się barbarzyński jeździec. Zamachnął się swoim mieczem, aż krzyknęła i upadła, czekając na uderzenie. Ale ono nie nastąpiło, bo barbarzyńca w ostatnim momencie zmienił zdanie. Schował miecz, pochylił się nad Martą i podniósł ją z łatwością. Zanim zorientowała się co się dzieje, przerzucił ją przez konia. Znieruchomiała pod wpływem jego uścisku i strachu, który ściskał ją za gardło. Nie miała nawet szansy zauważyć, że barbarzyńcy zaprzestali ataku i rzucili się do ucieczki.

Tym co ich spłoszyło, był zbliżający się w zastraszającym tempie oddział rzymskiej jazdy.
Jeźdźcy uderzyli na pozostałych barbarzyńców, którzy w porę nie zauważyli nadciągającego niebezpieczeństwa. Na pobojowisku zostały trupy. Ci ludzie, którzy przeżyli, właśnie wychodzili z ukrycia. Kobiety bezskutecznie nawoływały potomstwo, osierocone dzieci krzyczały wniebogłosy.
Rzymianie sprawdzali, czy polegli barbarzyńcy rzeczywiście nie żyją.
– Dostojny Korneliuszu – zawołał jeden z podoficerów w stronę nadjeżdżającego właśnie wysoko postawionego Rzymianina. -Będziemy ich ścigać? Lucjusz Korneliusz zbliżył się i utkwił wzrok w porzuconej w nieładzie lektyce.
– Nie – zawyrokował krótko i zadał spieszne pytanie – Kto podróżował tą lektyką?
– Panie – zabrzmiał słaby głos jednego z żołnierzy z eskorty. – Panie, pomóż nam. Mieliśmy dostarczyć do obozu bardzo ważna osobę.
– A któż to taki?
Żołnierz umilkł. W pierwszej chwili nie mógł lub nie chciał ujawniać tożsamości podróżnej.
– To syryjska kapłanka, którą mieliśmy eskortować aż do samego obozu.
– Kapłanka?! Na dodatek syryjska? – Korneliusz roześmiał się. – Niewolnica?
– Nie, panie. Ona jest gościem samego konsula. Widziałem jak jeden z barbarzyńców wsadził ją na swojego konia i odjechał. Pomóż nam, domine. Ja i moi ludzie odpowiadamy za jej bezpieczeństwo.
– Cóż ! To wasz kłopot.
– Gdybyśmy ruszyli za nimi od razu, to jest szansa … – zaczął jeden z podoficerów, ale umilkł pod wpływem groźnego wzroku Korneliusza.
– Zajmijcie się osadnikami – zlecił to zadanie części swojego oddziału i tym żołnierzom z eskorty, którzy przeżyli. – Ja wytropię wroga, ale nie gwarantuję, że znajdę waszą zgubę – dodał, a sam pomyślał z niechęcią. ” Dlaczego Mariusz nie zostawił swojej zabawki w Rzymie, tam gdzie jest jej miejsce? On coraz bardziej dziwaczeje”. Głośno zawołał do swoich ludzi.
– Spróbujemy wytropić tę bandę. To na pewno oddział zwiadowczy. Pamiętajcie, ze mogą ze sobą mieć rzymska zakładniczkę, własność dostojnego konsula Mariusza. Mamy ją odzyskać. Ale przede wszystkim musimy zasięgnąć języka. Jednego lub dwóch brać żywcem, resztę zgładzić. W drogę! – krzyknął energicznie i oddalił się pędem od eskorty i pobojowiska, które zostało za nim.
Okolica była opustoszała. Ta uśpiona kraina nie wzbudzała nawet cienia podejrzenia, że gdzieś może kryć się przyczajony wróg.
Ale Lucjusz Korneliusz nie należał do ludzi, których czujność łatwo było uśpić. Potrafił tropić przeciwnika mimo niepogody, trudnych warunków i gdy wszyscy pozostali wycofali się na bezpieczne miejsca. Tkwiły w nim pewien upór i determinacja, które w połączeniu ze szczęściem i dobrą strategią stanowiły niebezpieczną mieszankę dla jego wrogów. Teraz też nie było inaczej.
Promienie słońca zaczęły gasnąć i zmierzch powoli brał w posiadanie całą okolicę. Rzymianie nie mieli w zwyczaju walczyć ani szukać starcia po zmroku. Wysyłano wtedy tylko zwiadowców i małe patrole. Ale Lucjusz Korneliusz był wyjątkiem. Dla niego noc stawała się sprzymierzeńcem. I łatwiej mu było wytropić wroga. Szybko natrafili na ślady napastników.
Zsiedli z koni, zostawiając je pod opieką strażnika i przebiegli niewielką odległość dzielącą ich od obozu barbarzyńców. Ukryli się w zaroślach, przypadając płasko do ziemi. Część grupy, z Korneliuszem na czele podczołgała się bliżej. Ich oczy, nawykłe do ciemności, badały teren niczym ślepia zgłodniałych wilków.
Niewielki teutoński obóz pogrążony był we śnie. Pilnowała go tylko jedna para wartowników. Korneliusz gestykulując pokazał swoim ludziom co mają czynić. Dwóch zwiadowców podczołgało się do sennie kiwających się wartowników. Niczym zwinne dzikie koty wyprostowali się i bezszelestnie poderżnęli gardła przeciwnikom.
Nie zabrzmiał żaden dźwięk, żaden odgłos nie zmącił nocnej ciszy.
Rzymianie uderzyli precyzyjnie. W okamgnieniu rozsypali się po obozowisku, nie pozostawiając Teutonom najmniejszych szans na obronę. Wszystko odbyło się sprawnie i szybko, i już po chwili panowała niczym niezmącona cisza. Ludzie Korneliusza sprawdzali czy każda z ofiar jest martwa. Żywcem wzięli tylko jednego Teutona, by wyciągnąć z niego potrzebne informacje. Wśród zabitych był porywacz Marty, teraz leżący z poderżniętym gardłem i szeroko otwartymi oczami, zastygłymi w śmiertelnym bezruchu.
Korneliusz dwukrotnie kazał sprawdzić cały obóz. Ale dziewczyny nigdzie nie było.

Marta nie mogła poruszać żadną częścią ciała. Nawet nie dlatego, że znajdowała się w tak niewygodnej pozycji, ale dlatego,że strach paraliżował ją całą. Nie wiedziała jak długo, ani dokąd jechali. Jedyne co czuła to pęd powietrza, który rozwiewał jej włosy i przyprawiający o mdłości koński odór.
Co pewien czas robiło się jej niedobrze i z trudem powstrzymywała torsje. Mężczyzna który ją porwał, kilkakrotnie poprawiał ją sobie na koniu, ale najwidoczniej nie zamierzał jej zabijać. To przerażało ją nawet bardziej. Śmierć byłaby wybawieniem od losu dużo gorszego. Gdy zaczęło się zmierzchać, gromada zatrzymała się na obszernej polanie. Barbarzyńcy zamierzali tu przenocować.
Porywacz Marty zrzucił ją na ziemię. Zaczęła się ostrożnie cofać, oddalając od niego, ale on zsiadł z konia i spokojnie zbliżył się do niej. Podciągnął ją lekko do góry i mimo jej prób oporu zaczął krępować powozem. Najpierw ręce, potem nogi. Podniósł ją niczym worek i rzucił pod jedno z drzew. Marta wydala z siebie okrzyk bólu po zetknięciu z twardym podłożem. On jednak tylko się roześmiał. Po raz pierwszy odważyła się spojrzeć w jego twarz. Trudno było ocenić czy był stary czy młody. Jego twarz była mocno poprzecinana bruzdami, długie włosy zaplecione do tylu, podobnie jak u jego współplemieńców. Marta nigdy jeszcze nie widziała z tak bliska barbarzyńcy.
Odszedł w stronę nadjeżdżającej innej grupy jeźdźców. Usłyszała podniesione głosy: dwóch mężczyzn, którzy właśnie przybyli wykrzykiwało niezrozumiałe dla niej słowa. Wyglądało to tak, jakby za moment miała wywiązać się miedzy nimi bójka. Marta rzuciła w przelocie okiem na twarz jednego z tych przybyszów i twarz ta wydała jej się znajoma. Pomimo zarostu i długich włosów mogłaby przysiąc, że już gdzieś widziała tego człowieka. Ale gdzie?
Skarciła siebie w duchu za takie myślenie. Nie, to jeden z nich. A jej los, jej życie jest w rękach tych prymitywnych ludzi. Mogła się nie zgodzić na podróż do obozu Mariusza. Mogła odmówić. Ale Mariusz był jedynym człowiekiem, który traktował ją w życiu dobrze. On i jego żona Julia szanowali ją, więc mogła się czuć przy nich przywilejami wolnej osoby. Otoczona bogactwem zapomniała, że życie może też mieć inne barwy. Teraz ci barbarzyńcy wyrwali ją z życia, które znała. Bała się. I chociaż odczuwała już strach w przeszłości, tym razem był to inny lęk.
Tymczasem mężczyźni umilkli i przybysz oddalił się w stronę ogniska, ale gdy przechodził, spojrzał wyraźnie w jej kierunku. Tym razem Marta zyskała pewność, że to nie było przywidzenie. Widziała go w przeszłości i z całą pewnością on widział ją!
Barbarzyńca, który ją porwał, podszedł do niej i sprawdził jej więzy. Mówił do niej niezrozumiale słowa i przesunął ręką po jej twarzy. Cofnęła się z obrzydzeniem, a on się roześmiał. Przyglądał się jej łakomym spojrzeniem. Wiedziała doskonale, że wzbudza takie spojrzenia u mężczyzn. Wielokrotnie odczuwała na sobie wzrok oficerów i żołnierzy Mariusza; ale co innego było przebywać wśród jego karnych i zdyscyplinowanych legionistów, a co innego wpaść w ręce dzikiego i nieokrzesanego wroga. Nie wiedziała zbyt wiele o tych ludach. Była nawet przekonana, że nikt w Rzymie nie wiedział zbyt wiele. Traktowano ich jako nieokrzesanych, morderczych dzikusów, którzy zagrażali miejscowym plemionom i kolonistom Republiki. […]
Gdy barbarzyńca oddalił się, próbowała poluzować więzy, ale to nie było łatwe zadanie.
Tymczasem zapadł zmrok. Barbarzyńcy rozpalili jedno niewielkie ognisko i skupili się wokół niego. Martę pozostawiono swojemu losowi. Czasem zerkała w kierunku człowieka, który wydał jej się znajomym. Siedział obok drugiego przybysza i rozmawiali. Światło ognia było zbyt słabe, aby mogła przyjrzeć się jego rysom. Ogień wreszcie ugaszono, obawiając się, że mogą go wypatrzyć niepowołane oczy. Grupa wystawiła straż i większość Teutonów udała się na spoczynek. W okamgnieniu w niewielkim obozie zapanowała zupełna cisza. [ …]
Porywacz Marty również położył się nieopodal i zasnął snem kamiennym. Marta długo bała się poruszyć, ale po chwili dotarło do niej chrapanie. Z odrazą odwróciła od niego głowę, znów próbując wyswobodzić się z więzów. Ale było to zadanie niemożliwe do wykonania.
Nagle poczuła, że wyrósł przed nią czarny cień. Z mroków nocy wyłoniła się ludzka sylwetka. Miała ochotę krzyknąć, ale stanowcza dłoń znalazła się na jej ustach. To był ten mężczyzna, którego już kiedyś spotkała! Teraz patrzyła jak jego ręka sięga za pas, wydobywa sztylet i podnosi go ku gorze. Przez moment ostrze błysnęło tuż przed jej oczyma stając się jedynym źródłem światła. Jednym ruchem przeciął krępujące ją więzy na rekach, później sięgnął do jej nóg. Była wolna!Cofnął rękę, którą do tej pory trzymał na jej ustach i wyciągnął ją do niej – Chodź! – usłyszała bardzo ciche, ale wyraźne słowa po łacinie. Włosy stanęły dęba na jej głowie! Nie był barbarzyńcą, był Rzymianinem! Lub przynajmniej znal łacinę! Kim był, na bogów?! Ale mężczyzna pokazał jej ruchem głowy, że nie czas na wyjaśnienia. Oboje na moment zastygli w bezruchu, gdy usłyszeli słabe poruszenie barbarzyńcy. Ale mężczyzna po chwili chrapał w najlepsze.
Nieznajomy pociągnął za rękę przerażoną Martę. Popatrzył w kierunku wartowników, ale ci kiwali się sennie.
Nogi miała jak z waty, kilkakrotnie on przytrzymał ją, aby nie upadła. Jednocześnie pewna siła dodawała jej odwagi. Mogła iść za tym człowiekiem, byle tylko jak najdalej od obozu. On szedł niezwykle pewnie, widać było, że doskonale znał teren i musiał wielokrotnie wędrować po tej ziemi. Nie wiedziała jak długo szli. Ale z każdą chwilą, gdy oddalała się od nieprzyjacielskiego obozu, czuła, że wstępują w nią nowe siły.
Zastanawiało ją kim był jej wybawca. Rzymianinem? Ale z wyglądu tak bardzo przypominał barbarzyńcę. Przez moment chciała go o coś spytać, lecz nakazał jej milczenie. A jeżeli porwał ją dla siebie? Nie, odrzuciła tą możliwość. Nie był Teutonem, widać w nim było cechy zdyscyplinowanego żołnierza. Tylko jedna armia uczy takiej dyscypliny. Westchnęła. W tej samej chwili on zatrzymał się. Podniósł rękę do góry jakby badał coś w mrokach tej nieposkromionej nocy. Próbowała wypatrzyć co on jej pokazuje.
– Tam znajduje się obóz Gajusza Mariusza, a oto droga, która cię do niego doprowadzi. -usłyszała jego głos.
– Mam iść sama? -zapytała ze zdziwieniem.
– Podam ci hasło, które przekażesz strażom. – ciągnął spokojnie, jakby jej pytanie nie padło – Gdy zobaczysz się z wodzem, przekażesz mu, że Teutonowie wyruszyli. Wkrótce znajdą się pod obozem. Nie połączyli się jeszcze z Amburonami zza rzeki. Zapamiętasz?
Kiwnęła w odpowiedzi głową, a on wtedy podał jej hasło.
– Idź proszę. W obozie będziesz bezpieczna.
– A jeżeli dostojny Mariusz zapyta od kogo mam te wiadomości?
– Będzie wiedział od kogo.
Spojrzała jeszcze raz w jego twarz, która wzbudzała w niej tak wielkie zaciekawienie.
– Zobaczę cię kiedyś znowu? – zapytała śmiało, ale umilkła pod wpływem jego speszonego wzroku. Utkwił w niej przez chwilę badawcze spojrzenie.
– Jeżeli tak zechcą bogowie – odrzekł spokojnym tonem.
Uśmiechnęła się delikatnie i ruszyła w dół wskazaną drogą. Kilkakrotnie oglądała się za siebie, a on wciąż stał nieporuszony w tym samym miejscu, w którym się rozstali. Gdy była już niemal przy samej bramie obozowej, obejrzała się ostatni raz, ale wśród cieni nocy nie napotkała już znajomej sylwetki.
Dwaj strażnicy ze zdumieniem podnieśli głowy na widok zbliżającej się kobiety.
– A to co takiego?! Na pijanego Bachusa! Widzisz to co ja? – roześmiał się jeden z nich.
Zanim ten drugi miał szansę odpowiedzieć, Marta odzyskała całą swoją stanowczość.
– Oczekuje mnie dostojny konsul Gajusz Mariusz. Przynoszę ważne wieści. Prowadźcie mnie do niego. – i podała hasło. Żołnierze spojrzeli po sobie zaskoczeni.
– Skąd znasz hasło?
– Nie będę rozmawiać z wami. Jeżeli sami nie potraficie przekazać wiadomości, to niech to zrobi ktoś starszy rangą.
Jeden z żołnierzy poszedł do kolejnych strażników. Wreszcie pojawil się jeden z młodszych oficerów. Ten kojarzył Martę i wiedział, ze spodziewano się jej przyjazdu.
Kazał jej iść ze sobą.
Marta mijała kolejne straże, zabezpieczenia na wypadek ataku, namioty i prowizoryczne budynki. Niektórzy z żołnierzy spoglądali na nią ze zdziwieniem lub ciekawością. W centrum obozu ujrzała całkiem spory kompleks budynków. Oficer, który ją przyprowadził, dosłownie przekazał ją starszemu rangą. Ten wprowadził ja do obszernej sali. Wnętrze było oświetlone pochodniami i lampami.
Wódz nie spał jeszcze, tylko naradzał się z oficerami. Wokół stali liktorzy. Marta, chociaż widywała ich wszystkich wcześniej, straciła nieco ze swojej śmiałości.
Mariusz siedział przy stole pochylony nad mapami terenu. Zauważył poruszenie swoich ludzi i podniósł głowę, aby sprawdzić, co je wywołało.
– Marta? – rzekł zaskoczony – Co się stało ?– zadał natychmiast pytanie widząc jej potargany strój i niepewny wygląd.
Dziewczyna szybko zrelacjonowała wydarzenia ostatnich godzin.. Wszyscy słuchali jej słów z uwagą. Na koniec wspomniała o swoim wybawcy i przekazała jego słowa.
– To prawdziwy diabeł- zauważył z uśmiechem jeden z legatów wodza.
Mariusz jakby przypomniał sobie o czymś i nakazał wszystkim wyjście. Oficerowie, jeden po drugim, opuścili salę zostawiając konsula z nowoprzybyłą i dwoma niewolnikami. Mariusz wstał zza stołu i wolno zbliżył się do niej.
-Jak się czujesz – zapytał z troską? – Czy oni… czy oni cię skrzywdzili? – dodał prędko.
– Nie – pokiwała przecząco głową, – ale nie wiem co by się ze mną stało gdyby nie ten człowiek. Zawdzięczam mu życie.
I nagle znalazła się w jego ramionach. On nieco zaskoczony tym jej gestem, objął ją po chwili wahania. – To moja wina, że kazałem ci przyjechać do obozu. Nie powinienem cię narażać.
– I tak bym przyjechała. Nie zatrzymałbyś mnie w Rzymie. Moje miejsce jest przy tobie. Tak chcą bogowie.- dodała z naciskiem. Czeka cię wielkie zwycięstwo i muszę być przy tobie.
– Naprawdę? czeka mnie zwycięstwo?- zapytał Mariusz delikatnie odsuwając ją od siebie.
– Czy kiedykolwiek cię okłamałam?- Marta odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Mariusz niespodziewanie postanowił zakończyć rozmowę.
-Późno już, a ty dużo dziś przeszłaś. Każę niewolnikowi przygotować dla ciebie posłanie. Zobaczymy się jutro – i wrócił do pracy za stołem.
Marta zawsze wiedziała kiedy ma odejść, a jednak tego wieczoru, postanowiła o coś zapytać.
– Ten człowiek, który mnie uratował… Chciałabym mu podziękować. On jest Rzymianinem, prawda?
– Jutro chcę, abyś złożyła ofiary. Idź, wypocznij. Kiedyś porozmawiamy o tym człowieku, ale nie dziś.
Marta zrozumiała, że niczego więcej się nie dowie, więc ukłoniła się i wyszła z niewolnikiem, pozostawiając Mariusza pogrążonego w myślach.

– Panie, panie, zbudź się – nieśmiały i podszyty strachem głos niewolnika wypełnił namiot. – Panie, błagam, obudź się!
– Zostaw – usłyszał w odpowiedzi zaspany głos Lucjusza Korneliusza – Zabroniłem budzenia…
– Dostojny Mariusz kazał wezwać wszystkich oficerów …
– Na pewno nie wszystkich – wymamrotał Korneliusz naciągając na siebie okrycie.- Zostaw mnie, bo każę cię wybatożyć…
– Wszyscy zbierają się na głównym placu. Podobno ta kapłanka, co jej szukałeś w nocy, już się odnalazła i będą składać ofiary…
– Bardzo ciekawe… I z tego powodu mam tak wcześnie wstawać?
– Ale legat… powiedział, że wyciągnie konsekwencje wobec oficerów, którzy się nie stawią…
– Tak… legat… Mariusz… Komu ty tak naprawdę służysz? Mnie czy im?
Korneliusz przyjrzał się upartemu niewolnikowi i westchnął – Psia ta służba – mruknął do siebie. – Przynieś wiadro z wodą, muszę się wybudzić!
W kilkanaście minut później był już ” zupełnie wybudzony”, a niewolnik kończył zakładanie jego napierśnika. Krótko spał tej nocy. W pamięci miał świeżą rzeź barbarzyńców. Gdy wrócił do obozu, poinformował Mariusza o całym zajściu, ale ten zganił go za nieprzemyślaną akcję. Korneliusz był wściekły, narażał życie swoje i swoich ludzi, szukając tej syryjskiej dziewczyny i w zamian nie otrzymał nawet krzty wdzięczności. Naczelny wódz drażnił go niepomiernie. Mieli odmienne zdania co do rekrutacji i szkolenia żołnierzy, a teraz jeszcze to! Mariusz był zbyt bardzo przywiązany do wszelkiej maści kapłanów i zabobonów. Na początku Lucjusz Korneliusz traktował to z przymrużeniem oka, ale teraz ta sytuacja zaczynała go nużyć. ” Jak tak dalej pójdzie, to w całej Republice braknie baranów i byków do zarzynania” pomyślał ze złością. ” Chociaż jeden baran zostanie” wspomniał Mariusza.
Rytuały z udziałem syryjskiej kapłanki stawały się coraz bardziej spektakularne. Martę niosło kilku niewolników. Jej ubranie przypominało stroje wschodnich królowych. Cała była zanurzona w purpurze. Bransoletki, łańcuchy i inne kosztowności były tak ciężkie, że z trudem mogła je unieść. Codziennie cztery niewolnice pracowały nad jej makijażem, obrysowaniem konturów jej oczu, nałożeniem jak muśnięcie wiatru pudrów. Usta i policzki płonęły wyraźnymi, ale nie wyzywającymi kolorami. Gdy, niczym Junona wraz z orszakiem znalazła się na specjalnie przygotowanym dla niej podeście, rozpoczynał się długi i egzotyczny ceremoniał. To nie było zwykłe składanie ofiar, to był starannie wyreżyserowany spektakl. Żołnierze, oficerowie i inni gapie, niektórzy z szeroko otwartymi ustami, nie mogli oderwać oczu od kapłanki – bogini i jej niewolników. ” To ziemskie wcielenie Junony” mówili jedni, a drudzy porównywali ją do Astarte. Chociaż nigdy nie widzieli posągów Astarte.
Lucjusz Korneliusz stanął w szeregu, obok legata, Klaudiusza Marcellusa.
– Spóźniłeś się – zauważył Marcellus.
– – Jak długo jeszcze potrwa ten teatr? – Korneliusz zignorował naganę.
Marcellus popatrzył na niego z politowaniem.
– Dla Mariusza to bardzo ważny rytuał. Tylko ty mogłeś pomyśleć inaczej.
– O, wierz mi, w obozie jest wielu, którzy myślą tak jak ja, ale nie mają odwagi przyznać się do tego głośno. Swoją drogą, Mariusz to świetny aktor, doskonale udaje.
Zamilkli na chwilę i Korneliusz obserwował powolne, ale zmysłowe ruchy Marty.
– Tkwimy w tym obozie, okopani, odcięci od świata, a Teutoni pozwalają sobie na coraz więcej. Bezczynność nas zabija.
– Zaufaj naszemu wodzowi – dyplomatycznie uciął Marcellus.
Umilkli ponownie, bo Gajusz Mariusz zwrócił na nich swoją uwagę. Korzystając z okazji Korneliusz ziewnął przeciągle i z zadowoleniem dostrzegł irytację na twarzy głównego wodza. Mariusz odwrócił od niego zagniewane oblicze.
Ceremonia dobiegła końca, a oficerowie otrzymali wezwanie do dowódcy.
Mariusz, już w głównej sali, słuchał relacji Klaudiusza Marcellusa, podczas, gdy niewolnicy ściągali z niego napierśnik. Był przy tym dziwnie nieobecny.
– On znów się spóźnił, prawda? – przerwał nagle Klaudiuszowi.
– Kto?
– Doskonale wiesz o kim mówię. Sulla. – Mariusz skrzywił się na dźwięk tego przydomka.
– Rzeczywiście, przyszedł trochę spóźniony…
– Przestań go bronić… Co on jeszcze czyni? Podburza żołnierzy?
– Rozumie się ze swoimi żołnierzami bez słów. Ale nie zauważyłem śladów niesubordynacji.
– Uważaj na niego, nie daj się mu zwieść. To gadzina w ludzkiej skórze.
– Zdaje się, że jego pierwszą żoną była Julia, podobnie jak twoją…
– Nie przypominaj mi o tym, ze kiedykolwiek byliśmy spowinowaceni i on przez moment należał do takiej rodziny jak Juliusze. Biedna kobieta, zmarła wydając na świat syna tego potwora. Chociaż dla niej to było wybawienie. Teraz jego żoną jest Aelia, a raczej pieniądze Aeliuszy. Wysysa z nich wszystkie fundusze, a gdy rezerwy się skończą, odprawi ją. Choćby dlatego, że nie urodziła mu żadnego dziecka.
– Ale oficerem jest chyba dobrym…Niektórzy mówią, że zasłużył na tytuł legata..
Wypowiedź Marcellusa wprawiła Mariusza w osłupienie:
– Bądź tak dobry i nie powtarzaj tego, co mówią niektórzy – podkreślił to słowo – głupcy… ty chyba nie chcesz stracić tytułu legata?
Klaudiusz speszył się, ale nie miał czasu na odpowiedź, bo do sali wkroczyli inni oficerowie. Korneliusz spojrzał z ukosa na Mariusza, ale ten nie raczył odwzajemnić jego spojrzenia, usiadł za stołem i spokojnie wysłuchał raporty.
– Dziękuję. Możecie się rozejść.
– Mam pytanie – zabrzmiał przekorny i nieustępliwy głos.
– Słucham, Lucjuszu Korneliuszu – Mariusz podniósł głowę, doskonale zdając sobie sprawę kto wypowiedział te słowa.
– Jak długo będziemy tu tkwić w bezczynności? Jak długo pozwolimy wodzić się za nos barbarzyńcom? Żołnierze są zmęczeni tą sytuacją, konsulu.
– Wszyscy żołnierze czy tylko twoi?
Korneliusz parsknął:
– Każdy z tu obecnych myśli to samo, tylko boi się powiedzieć o tym głośno.
– Oczywiście, każdy, z twoim wyjątkiem.
– Nie kpij, Gajuszu Mariuszu. Dlaczego zwlekasz z decyzją o ataku? Tkwimy tutaj całą wieczność…
– Nie zwykłem wtajemniczać w moje plany młodszych oficerów, o ile to nie jest konieczne…
Korneliusz pobladł, a następnie poczerwieniał z wściekłości:
– Kto dał ci prawo do takiego traktowania ludzi? – wybuchnął – Nie jestem twoim sługą.
– Ale jesteś rzymskim oficerem i masz się zachowywać jak rzymski oficer.
– A ty jesteś wodzem, więc zachowuj się jak wódz!
– Nie będzie mnie pouczał ktoś taki jak ty! – warknął wściekle Mariusz.
– A kim ty jesteś, że nie wolno cię pouczać? Człowiek znikąd, którego przodkowie uprawiali ziemię w tak zapadłej dziurze jak Arpinum…
Wszyscy zebrani osłupieli. Każdy z nich znieruchomiał pod wpływem tej nagłej sceny i oczekiwał dalszego ciągu wypadków. Marcellus zatrzepotał powiekami i przenosił wzrok to na Korneliusza, to na dowódcę. Ale Mariusz już się uspokoił. Na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień, kiedy podniósł wzrok na zbuntowanego oficera. Po chwili odrzekł równie spokojnie siląc się na rzeczowy ton:
– Może i mój pradziad ciężko pracował, ale za to wtedy twoi arystokratyczni, szlachetnie urodzeni przodkowie trwonili swoje wielkie fortuny, aż uczynili cię praktycznym nędzarzem … I musisz błagać kobiety o pieniądze…
Śmiech przeszedł po całej sali, Mariusz również uśmiechnął się ze swego żartu.
Lucjusz Korneliusz popatrzył na niego z pogardą.
– To wszystko na co cię stać, konsulu? Nie dostrzegasz niczego oprócz swoich racji, nie szanujesz nikogo oprócz siebie…
– Ty chcesz mnie uczyć szacunku?!
Mariusz, zwykle tak opanowany, o kamiennym obliczu, teraz sprawiał wrażenie jakby walczył ze sobą.
– Wyjdź stąd! – powiedział nagle, chociaż wszyscy spodziewali się zupełnie innych słów – Wyjdź zanim zapomnę kim jestem i kim ty jesteś.
Stalowoniebieskie oczy Lucjusza Korneliusza patrzyły bez wyrazu.
– Jak każesz- odrzekł pochmurnie i zwrócił się w stronę wyjścia.
– Rozejść się! – Mariusz huknął do pozostałych.
Czym prędzej rozpierzchli się, jedynie Marcellus podjął próbę:
– A jeżeli żołnierze rzeczywiście zaczną się buntować?
– Ty również wyjdź – przerwał mu gwałtownie Mariusz. Gdy został sam, ciężko opadł na krzesło i kurczowo zacisnął dłonie.

Rozdział ósmy. Aquae-Sextiae


Odgłosy grzmotu umilkły.
Przez jedną chwilę wydawało się, że zaraz rozpęta się potężna burza, ale nic podobnego nie nastąpiło. Grupa śmiałków, którym niestraszna była niepewna pogoda, przemierzała równinę. Na ich czele jechał niemłody mężczyzna, o pociemniałej twarzy. Jego siwe, długie włosy rozwiewał wiatr, a jego oczy, choć patrzyły przed siebie, nie widziały niczego. Pędził jak oszalały.
Musi przekazać wiadomość. Ale czy zdąży? Bogowie wydali już wyrok. Wiedział o tym w głębi serca. A od wyroków bogów nie można było uciec…
I ponaglił konia.

Lucjusz Korneliusz w jednym miał rację.
Żołnierze z dnia na dzień coraz mniej rozumieli decyzje wodza. I zaczynali się do tego otwarcie przyznawać. Od zwykłych szeregowych, poprzez dekurionów i centurionów aż do trybunów, przez dosłownie cały obóz przechodziło jedno pytanie: Kiedy Mariusz zacznie działać? Nie chodziło o brak wiary w umiejętności wodza. Tych byli pewni. Mariusz udowodnił swoją wartość w Afryce i Hiszpanii. Ale brak działania osłabia ducha nawet w najdzielniejszych jednostkach i te jednostki zaczynają szemrać.
Postępowanie Mariusza odbijało się nie tylko na żołnierzach, ale i na przeciwniku. Barbarzyńcy pozwalali sobie na coraz więcej. Teutoni i ich sprzymierzeńcy zapuszczali się w głąb Italii, nic sobie nie robiąc z rzymskich legionistów. Coraz częściej atakowano sam obóz, wobec czego pojedyncze oddziały rzymskiej kawalerii bały się samotnie patrolować okolice.
Barbarzyńcy podchodzili pod palisady, próbując sprowokować Rzymian do walki obelgami i wyzwiskami. Wykrzykiwali, że już wkrótce będą w Rzymie z żonami przeciwników! Ale to wszystko nie zmieniało postawy głównego wodza. Mariusz kazał czekać. Czy rzeczywiście czekał na raporty swoich szpiegów przysyłane mu z okolicy? Na te ostatnie mógł liczyć coraz rzadziej. Barbarzyńcy często podchodzili pod sam obóz z pikami, na których zatknięte były głowy zwiadowców Mariusza, tak zdeformowane, że z trudem można było rozpoznać w nich jego dawnych ludzi. Dopiero grad strzał ze strony łuczników odpędzał rozzuchwaloną hołotę od obozu.
Wszyscy oczekiwali rozwiązania tej sytuacji i przełom nastąpił.
Teutobod postanowił pomaszerować dalej i tysiące barbarzyńców ruszyło w drogę. Trasa ich przemarszu wiodła obok obozu Mariusza. Legioniści byli pod dużym wrażeniem tej niespotykanej masy ludzkiej, która rozlała się aż po kraniec horyzontu. Zdawało się, że są wszędzie. Ich liczba przewyższała wielokrotnie siły Mariusza. Nawet gdyby połączył się z oddziałami swojego konsularnego kolegi Katulusa, nadal byłby w mniejszości. Nie mógł tego uczynić, choćby z tego powodu, że rekruci Katulusa nie byli wyszkoleni.
Najlepsi wojownicy Teutoboda próbowali atakować obóz i sprowokować Rzymian do walki na otwartym polu. Ich działania poszły na marne.
Wtedy Teutobod spróbował innej taktyki. Zaproponował rokowania.

Miejsce spotkania wybrano bardzo starannie. Obie strony obawiały się zasadzki. Teutoński wódz wyznaczył do rozmów swoich najlepszych wojowników. Sam obserwował ich z daleka. Jechali oni w milczeniu, poważni, pełni zrozumienia dla odpowiedzialności, która właśnie spoczęła na ich barkach. Wiedzieli, że nie będą to łatwe rozmowy. Już z daleka rozpoznali barwne pióropusze dwóch wysoko postawionych Rzymian, a gdy ci znaleźli się niemal naprzeciw nich, mogli przyjrzeć się ich nienagannemu wyglądowi.
Lucjusz Korneliusz i Maniusz Akwiliusz zatrzymali konie.
Korneliusz przesunął wzrokiem po teutońskich wojownikach, całej równinie i wreszcie po szeregu barbarzyńców, których widział w oddali. Niektórzy z nich byli półnadzy i słabo uzbrojeni, w rękach dzierżyli topory lub maczugi. Część z nich sprawiała wrażenie wyczerpanych marszem. Lucjusz Korneliusz przyglądał się im tym swoim beznamiętnym, pozbawionym emocji spojrzeniem, z którego tak bardzo słynął. Wyraz jego twarzy świadczył o znudzeniu. Ożywił się dopiero na widok Sertoriusza, który nadjechał wraz z Adalem i teutońską reprezentacją. Ten ostatni przemówił.
– Jestem Adal, a to wojownik z plemienia Ambronów Eldar.
Korneliusz uśmiechnął się cynicznie. Zatrzymał swojego konia dokładnie naprzeciw Sertoriusza. Ten ruch sprawił, że Kwintus poczuł się dziwnie nieswojo. Jakby nieznana siła podpowiadała mu, ze Korneliusz jest rzeczywiście jego przeciwnikiem.
– Mówcie z czym przybywacie – rzucił krótko Akwiliusz.
Adal niczym niezrażony ciągnął dalej.
– Możemy oszczędzić rozlewu krwi. Pradawny zwyczaj mówi, że dwaj wodzowie mogą stoczyć pojedynek. Jeśli wy zwyciężycie, wycofamy się i zostawimy wam te ziemie. Jeśli wygramy, pozwolicie nam się osiedlić tam, gdzie tego zażądamy. Wódz Teutobod jest gotów aby walczyć. A czy wasz wódz Mariusz ma dosyć odwagi?
– Musimy was rozczarować – rozpoczął Sulla, zanim Akwiliusz zdążył otworzyć usta – Nasz wódz Mariusz nie ma w zwyczaju stawać do pojedynków. Nie sądzę, aby dla was uczynił wyjątek.
Jego ton głosu, uszczypliwy, pełen pogardy drażnił Sertoriusza. Barbarzyńcy spojrzeli na niego z większą uwagą.
Twarz Korneliusza nie była ani przystojna, ani brzydka. Ostry, wręcz orli profil trzymał innych na dystans. Ciemnoblond włosy były mocne i gęste, a stalowoniebieskie oczy przewiercały ludzi na wylot. Kąciki ust często drgały w tym osławionym na pół drwiącym uśmieszku. W jednej chwili potrafił się zachowywać jak nonszalancki arystokrata, by za moment zamienić się w prostaka o manierach rodem z Subury czy Eskwilinu. Był niczym kameleon, umiał się doskonale dopasować do okoliczności i rozmówcy, w którego towarzystwie się znalazł.
– To wasza ostateczna odpowiedź?– zapytał Adal.
Tym razem Maniusz Akwiliusz potwierdził, zanim Korneliusz miał szansę go uprzedzić.
– Wasza wola – głos barbarzyńcy był chłodny. – Zatem niech o zwycięstwie zdecydują bogowie!
– Niech zdecydują miecze – wyzywająco rzucił Korneliusz.
Sertoriusz wytrzymał to pewne spojrzenie. On i Adal zawrócili, dając znak swoim ludziom, aby uczynili to samo.
W drodze powrotnej, Akwiliusz szepnął:
– Ten Sertoriusz to ma odwagę. Wyglądał jak jeden z nich!
– I był jednym z nich.
– Co masz na myśli? – Akwiliusz nie zrozumiał. Ale nie doczekał się odpowiedzi. Sulla uważał Akwiliusza za dobrego żołnierza, któremu odwagi nie brakowało, ale irytował go swoją naiwnością polityczną. Przede wszystkim jego niechęć budził fakt, że był jednym z ludzi Mariusza. ” Jak oni się szybko mnożą!” pomyślał Korneliusz i popędził konia.

Gajusz Mariusz odrzucił propozycję Teutonów. Poczekał, aż barbarzyńska kolumna odejdzie na bezpieczną odległość i wydał rozkaz wymarszu. Decyzję wodza przyjęto z niekłamaną radością.
On sam wybrał odosobnione wzgórze na nowy obóz. Gdy znalazł się na szczycie, jego oczom ukazała się piękna dolina, otoczona z dwóch stron zalesionymi, stromymi zboczami. Mariusz chłonął widok tego malowniczego miejsca.
Fala barbarzyńców rozlała się nad rzeką przepływającą przez dolinę. Szpiedzy donosili, że Ambroni i Teutoni mieli osobne obozy, jednak położone w polu widzenia.
– Co jest tam w dole? – zapytał jednego ze zwiadowców.
– Źródła Sekstusa – padła odpowiedź.
– Doskonale. Najpierw musimy obwarować nowy obóz – wydał dyspozycję.
Rzymskie fortyfikacje zdobywało się trudno. W tym Rzymianie mieli przewagę nad innymi ludami. Ale największe nadzieje Mariusz pokładał w pewnym człowieku. ” Jeżeli bitwa ułoży się po naszej myśli, wygramy” pomyślał. I wierzył w słowa Marty, że bogowie są z nimi.

Tym razem to nie chaos miał zagościć na polu walki. Barbarzyńcy mogli zobaczyć rozpędzającą się rzymską maszynę. Po kolei, aż po najdalszy kraniec horyzontu wyłoniły się wszystkie formacje. Nieśmiałe promienie słońca odbijały się od tarcz stojących w pierwszym szeregu.
Historia postanowiła napisać kolejny rozdział w tym konflikcie. I po raz pierwszy Teutoni nie mieli po swojej stronie swojego największego atutu – zaskoczenia. Każdy wódz wie jak ono jest ważne. Niespodziewany atak niejednokrotnie przesądzał o wyniku bitwy czy wojny.
Teutobod popatrzał po swoich najwierniejszych wojownikach. Byli gotowi walczyć i umierać. Ich był pewien. Kapłanka wylała krew na kamień. Uniosła ręce do góry. Bogowie wróżyli zwycięstwo, ale której ze stron?
Teutoński wódz po raz pierwszy dostrzegł umiejętności przeciwnika. Rzymianie zajęli lepsze pozycje. Oni, chcąc ich atakować, musieli biec pod górę.
Sertoriusz pojawił się przed jego obliczem.
– Tamta linia Rzymian to Ligurowie, oni są najsłabszym ogniwem. Pozwól nam uderzyć właśnie tam.
Na twarzy Teutoboda malowało się niezdecydowanie. Z nieznanych przyczyn, pomimo licznej przewagi nad wrogiem, bał się zaatakować. Coś w nim pękło. Jakby nagle zabrakło mu wiary w zwycięstwo.
– Czekajmy na posiłki.
Wszyscy wiedzieli, że tu nie chodzi o posiłki. Najgorszym dramatem jaki może spotkać walczących jest dowódca, który utracił bojowego ducha.
– Nie spodziewają się ataku z tamtej strony. Moglibyśmy to wykorzystać i… – Sertoriusz umilkł pod wpływem wzroku starego wodza. Nauczył się już, że jego decyzje trudno było zmienić. Postanowił wrócić do szeregów Ambronów, z którymi miał pójść do walki.

Tymczasem Gajusz Mariusz postanowił przemówić do zgromadzonych żołnierzy. Wśród nich byli dwaj zwiadowcy, Marek, który awansował do rangi centuriona i Filip.
Mariusz trzymał się prosto w siodle, mimo swoich lat. Obok niego na koniu jechała Marta w swoim stroju kapłanki. Jej twarz była promienna, ponieważ przepowiedziała zwycięstwo, a jej osoba miała ustrzec Rzymian przed klątwą przeciwników.
Mariusz rozpoczął swoje przemówienie mocnym głosem:
– Żołnierze, dziś to Teutoni się was obawiają. To na wroga padł strach! Pokażcie im co to znaczy się bać! Oto nadszedł dzień zapłaty! Święty miecz ludu rzymskiego zanurzy się dziś w przeklętych, barbarzyńskich sercach naszych wrogów! Nie miejcie litości, bo oni jej nie mieli dla nas. Walczcie jak nigdy, zwyciężajcie jak Rzymianie zwyciężają!
Lucjusz Korneliusz słuchał tego wystąpienia z rosnącym zniecierpliwieniem.
– Walczcie jak nigdy, umierajcie jak zawsze – udanie sparodiował przemówienie wodza, a kilku młodszych oficerów stojących obok roześmiało się. Poczuł na sobie obce spojrzenie i dostrzegł zamyślone oczy Marty wbite w jego twarz. Przesłał jej dłonią pocałunek, ale oburzona kapłanka prędko odwróciła głowę z niesmakiem.
Mariusz podjechał do żołnierzy po lewej stronie:
– Ligurowie! Pokazaliście już swoją odwagę!
Dwa dni wcześniej doszło do pierwszego starcia między wrogimi siłami. Nikt nie wiedział, kto zaatakował jako pierwszy. Służba obozowa wybrała się na poszukiwania wody i natknęła się na grupę Ambronów. Wywiązała się między nimi szarpanina, która przerodziła się w bijatykę. Na pomoc służącym ruszyli właśnie Ligurowie, wsparci przez rzymską kohortę. Zginęło wielu Ambronów, ale obie strony zbyt zaskoczone tym nagłym starciem, nie rozstrzygnęły konfliktu.
Mariusz mocnym, pewnym siebie głosem kontynuował swoje przemówienie:
– Czy dziś potwierdzicie swoją waleczność?!
Odpowiedział mu jeden ryk. Akwiliusz otrzymał od wodza rozkazy, wiedział co teraz należy uczynić.
Ambroni niecierpliwili się coraz bardziej. Czekali niecierpliwie, a ich ostre, napięte twarze marzyły o walce. Adal przekazał im rozkazy wodza „Nie dać się sprowokować. Zostać na miejscach.”
Lekka rzymska piechota zaczęła się przesuwać w ich stronę. Obserwowali rytmiczny, niszczycielski żywioł, który podążał w ich stronę. Wojownicy patrzyli po sobie podnieceni. Sertoriusz czekał na taką sposobność. W momencie, gdy Rzymianie byli naprawdę blisko, wyciągnął miecz i zakrzyknął – Za mną, kto nie chce okazać się tchórzem! Za mną Ambroni! Kilku wojowników zdumiało się, ale większość, zmęczona długim oczekiwaniem, ruszyła z impetem za nim.
– Ambroni! Stójcie! – rozległ się krzyk za nimi, ale dzicy, kochający wojnę mężczyźni nie słuchali. Biegli z tradycyjnymi okrzykami na ustach, niesieni radością walki.
Teutobod zamarł z przerażenia na ten widok.
– Jak to się stało? Kto im pozwolił?
– Ambroni nigdy nie słuchają poleceń! Jedyne co ich interesuje to walka!
W tej chwili grono wojowników rozstąpiło się, w jego stronę szedł starzec opierający się o laskę.
– Druid Elmar…? – szeptano w szeregach.
– Ojcze – zaczął Teutobod – z niewielką grupą przybywasz? Gdzie nasi bracia?
Elmar popatrzył na nich zakłopotany i odpowiedział słabym głosem:
– Nie przeszli gór. Sam jestem.
– Ale twój wysłannik mówił co innego!
– Mój wysłannik? Nikogo do was nie posyłałem…
Na te słowa poderwał się Hagen, brat Adala i wskoczył na konia.
– Odnajdę zdrajcę na polu bitwy! – i zanim go zatrzymano popędził do przodu. Wszyscy znieruchomieli, każdy ufał Eldarowi i oto teraz okazało się, że jest on rzymskim szpiegiem, który sprowokował Ambronów do ataku. Ta zdrada była straszniejsza niż grom z jasnego nieba. A najgorsze miało dopiero nastąpić.
– Co robić? – pytali wodza wojownicy. Na ich oczach Ambroni starli się z Rzymianami.
– Nie zostawimy ich na pewną śmierć – zdecydował Teutobod – Szykować się do ataku.

Ligurowie, zwinni i szybcy, wypełnili swoją misję, wprowadzając zamęt w szeregach Ambronów. Nieokrzesani wojownicy prędko tracili orientację, zwłaszcza, że okrzyki bojowe Ligurów przypominały ich własne. Zapanowało piekielne zamieszanie. Sertoriusz zawrócił konia. Zanim ktokolwiek zrozumiał co się dzieje, zaczął oddalać się od walczących. Hagen jednak dostrzegł uciekiniera i zaczął go ścigać. Naciągnął łuk i posłał strzałę w ślad za zdrajcą. Pocisk trafił obok konia. Lekka jazda liguryjska rozproszyła się i Ambroni zostali sami na pustym placu. Spośród zwartej kolumny rzymskich legionistów na przód wyłonili się łucznicy.
Zabrzmiała komenda i niebo pociemniało od strzał.

– Patrzcie, oni strzelają do swojego człowieka – powiedział jeden z rzymskich oficerów na widok przybliżającego się w szalonym tempie jeźdźca. Tuż za nim jechał Hagen i nie patrząc na zagrożenie ze strony łuczników, wycelował włócznią w Sertoriusza. Centurion Marek zmrużył oczy, wpatrując się w jeźdźca i nagle usłyszał swój przerażony głos.
– To Sertoriusz! Na bogów! To Kwintus Sertoriusz!
Hagen wycelował i włócznia wbiła się w zad konia. Zwierzę ryknęło niemiłosiernie i zwaliło się na ziemię. Sertoriusz zdążył jednak zeskoczyć. Wyciągnął miecz i odwrócił się w kierunku nadjeżdżającego napastnika. Hagen wydał z siebie dziki okrzyk i rzucił się na niego. Obaj zwarli się w walce, ale pył i kurz, który ich otoczył, nie pozwolił dostrzec nic więcej.
Strzały dziesiątkowały Ambronów. Barbarzyńcy wycofywali się, tratując wzajemnie.
Centurion Marek na czele kilku ludzi biegł pochylony do przodu. W tumanie kurzu dostrzegł wreszcie walczącego Sertoiusza i jego wroga. Wycelował i śmiercionośne pilum przebiło potężnego Teutona. Trybunie! – wykrzyczał w tym potwornym rozgardiaszu. Setoriusz zauważył go i po chwili obaj pędzili w w stronę szeregów Rzymian[…]
Łucznicy wypełnili swoje zadanie. Rzymianie wystarczająco udowodnili swoją przewagę. Zabrzmiał sygnał do ataku. Centurion Marek, który wrócił na swoje miejsce, dał znak ręką…
– Gdyby łucznicy lepiej strzelali – stwierdził Sertoriusz, dotykając lekko draśniętego ramienia.
– Gdybyś był nieco dalej, panie, zginąłbyś – stwierdził rzeczowo centurion – A teraz włóż pancerz, bo w ferworze walki nasi żołnierze pomylą cię z barbarzyńcą.
Sertoriusz roześmiał się i przesunął ręką po długich, zlepionych teraz przez pot i kurz włosach. Rzeczywiście bardziej przypominał jednego z wrogów.
Powoli rzymska maszyna przesunęła się do przodu. I straszne żniwo zaczęły zbierać pila. Ciskano je jeden po drugim. Mariusz wcześniej nakazał, aby każdy żołnierz był zaopatrzony w zapasowe.
Gdy pierwsze szeregi walczyły, tylne wyrzucały nad ich głowami śmiercionośną broń. Długie groty rzymskich oszczepów przeszywały barbarzyńskie tarcze. Teutoni kładli się pokotem. Wiele wysiłku kosztował ich też bieg pod górę, a Rzymianie, doskonale ustawieni, spychali ich tarczami w dół.
Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić.

Klaudiusz Marcellus długo czekał.
Był ukryty wraz z oddziałami rzymskiej jazdy w potężnej, dziewiczej zieleni. Ptaki przelatywały gdzieniegdzie spłoszone nieznanym żywiołem. Wojna była sprawą ludzi, tu w tej przedwiecznej zielonej gęstwinie nic nie mąciło spokoju. Nawet oddziały rzymskiej jazdy.
Żołnierze zaczynali się już niecierpliwić. Nie wiedzieli jaki obrót przybierała bitwa. Niektórzy z nich nerwowo się drapali, jakby zbroja zaczęła im przeszkadzać. Czasem ktoś zabił komara energicznym pacnięciem. Dowódcy uciszali ich. Mieli czekać tak długo, aż przyjdzie rozkaz od Mariusza.
Niekiedy odgłosy walki dochodziły do nich, ale nie mogli ocenić kto zwycięża.
– Teraz to na pewno nasi. To afrykański legion Mariusza – wyszeptał jeden z żołnierzy.
– Skąd wiesz? – zapytał drugi.
– Wszędzie rozpoznałbym suk… synów.
Uciszono ich natychmiast, więc żołnierz zaklął z cicha i zabił na ramieniu dokuczliwego owada.
Ich czekanie dobiegło końca. Usłyszeli umówiony sygnał. Jeźdźcy powoli wyprowadzali konie z zrośli. Dosiedli ich i i po chwili cala równina pokryła się mieniącymi barwami galopującej jazdy.
Teutoni nie spodziewali się ataku od tyłu. Praktycznie odcięto im drogę ucieczki z doliny.
Jazda rzymska spadła na nich niczym niszczycielski grad, który pustoszy pola uprawne. Barbarzyńcy zupełnie stracili orientację. Nie pomogły nawoływania dowódców, którzy sami tracili życie.
Jeźdźcy Marcellusa rozpoczęli rzeź przeciwników.
Legiony parły do przodu z jeszcze większą zaciekłością. Najdzielniejsi, najwaleczniejsi Ambroni nie poddawali się, umierali z okrzykiem na ustach.
Część Teutonów próbowała się przedrzeć do swojego obozu. Ale i tam dopadali ich piekielni jeźdźcy. Wśród krzyków, płaczu i jęków rozpaczy podpalali obozowisko, tratując i mordując to co żywe. Jeden wielki, nieludzki krzyk wzbił się ku niebu.
Podstęp Mariusza był straszny w skutkach.
Rzymianie, żądni zemsty za poprzednie klęski, wpadli w szał unicestwienia. Sprawiedliwość wyryli za pomocą mieczów, zapłacili za zniszczone wioski, osady, za ojców, braci, synów… Krew za krew… Bo takie jest najstarsze prawo świata.
Nikt nie wiedział jak długo to trwało. Wydawało się, że czas stanął, a niebiosa zaniemówiły ze zgrozy.
Teutoni poddawali się.
Lucjusz Korneliusz kazał ich wiązać. Niewielka grupa wojowników uciekała w stronę lasu, ale i tu dopadli ich Rzymianie.
– Zabić wszystkich tchórzy, którzy zostawiają swoich na polu bitwy – rozkazał Korneliusz. Wśród tych, którzy przeżyli znalazł się wódz Teutobod.
Jeszcze dziś rano był panem swojego losu, miał pod sobą zastępy dzielnych wojowników. A teraz zakrwawiony i brudny, stał z pochylonym czołem, niepewny swego losu.
Sertoriusz pojawił się obok rumaka Lucjusza Korneliusza i wskazał przywódcę Teutonów..
– To wódz Teutobod.
– Związać go – usłyszał krótki rozkaz. Powrozy okręciły się wokół jego szyi. Popędzono go w stronę rzymskiego obozu. Przez jedną krótką chwilę jego wzrok spoczął na twarzy Sertoriusza. Ten spuścił oczy. Niektórzy z Teutonów jeszcze rzucili się na Rzymian, gdy ci zabierali ich wodza.
– Każ swoim ludziom zaprzestać walki – zagrzmiał Korneliusz.
Teutobod wykrzyknął coś do swoich ludzi. Gdy go zabrano, Sertoriusz objechał całe wzgórze. Wśród trupów napotkał Adala i coś wzdrygnęło jego ciałem. Cały teren pokryty był teutońskimi i ambrońskimi ciałami. Tego dnia wielu ludzi wyruszyło na spotkanie swych bogów…
W zwycięskim obozie sprowadzono przed oblicze Mariusza jego przeciwnika. Teutobod stał pochylony, już skuty łańcuchami, które uwierały go w kończyny. Oto znalazł się przed człowiekiem, który okazał się silniejszy od niego. Odważył się podnieść oczy ku górze, aby choć raz zobaczyć twarz swojego pogromcy. Napotkał zimne, surowe oblicze. Twarz, z której nie można było wyczytać żadnych emocji. Kim był ten człowiek? Kim ?
Teutobodowi nie było dane znaleźć odpowiedzi na te pytania. Słuchał w milczącej pokorze warunków kapitulacji. Jednym z nich było przekazanie kilkuset kobiet Rzymianom. Miały zostać niewolnicami.[…]
Teutobod nie wiedział ilu ludzi zginęło, ile kobiet, dzieci…Co się stało z jego własną rodziną… Tego miał się już nigdy nie dowiedzieć. Miał zostać przewieziony do Rzymu, by wziąć udział w triumfie wielkiego zwycięzcy. I dzień triumfu Mariusza miał być ostatnim dniem jego życia…

Kwintus Sertoriusz odczuł ciężar nowego zadania. Kobiety, które zgromadzono w prowizorycznie skonstruowanym obozie, zwróciły się do niego z prośbą. Błagały, aby mogły poświęcić się służbie w świątyniach Wenery i Ceres, by konsul Mariusz okazał im laskę.[…]
Sertoriusz znalazł się w namiocie wodza, niemal całkowicie wypełnionym zdobyczami wojennymi. Skrybowie i specjalnie do tego wyszkoleni niewolnicy zajmowali się żmudnym procesem archiwizacji.
Gajusz Mariusz stał w rogu namiotu i oglądał ze wszystkich stron małe gliniane naczynie.
– A, jesteś – powiedział na widok młodego oficera – Świetnie się spisałeś! Wiesz, jesteś teraz bardzo bogatym człowiekiem. Łupy są przednie.
Sertoriusz skrzywił się nieznacznie. Zawsze uważał, że człowiek powinien się bogacić swoją ciężką pracą, a nie łupami wojennymi. Szybko przedstawił z czym przyszedł. Ale Mariusz wolno przechadzał się po namiocie, oglądając inne przedmioty. Przypominał człowieka, który wśród tysiąca przedmiotów próbuje odnaleźć tę jedną, utraconą, bezcenną rzecz.
– Te kobiety, branki ludu Teutonów nie są niczemu winne… nie powinny być karane. Przychyl się do ich prośby, konsulu. Przecież zgoda nic cię nie kosztuje.
– I tu się mylisz – stwierdził Mariusz sucho patrząc na Sertoriusza – Każda zgoda, każde tak, ma swoją cenę.
– Jaka będzie twoja odpowiedź ?
– Te kobiety mają zostać wydane handlarzom. Zostaną przewiezione na targi i tam sprzedane. Taka jest moja wola.
– Ale, panie…
– Dosyć, trybunie – przerwał mu gwałtownie Mariusz – Musisz się nauczyć czym jest życie. To trudna lekcja do opanowania. Czasami nawet bardzo trudna, ale konieczna.
Sertoriusz starał się opanować niemoc i dławienie, które ścisnęło go za gardło.
– Dobry wódz powinien pozwolić sobie na akt łaski.
– Gdyby wodzów oceniano po łaskawości, jaką okazali innym, gotów byłbym się z tobą zgodzić. Ale nie mogę. Pójdziesz, trybunie, do tych kobiet i ogłosisz im moja wolę. – powiedział nagle mocnym, zmienionym głosem – Pamiętaj, ty masz przekazać moje słowa. Musisz nauczyć się jak przekazywać złe wiadomości.
W namiocie zapanowała zupełna cisza. Sertoriusz, blady z emocji, skierował się do wyjścia tak gwałtownie, ze wprawił w osłupienie wszystkich zebranych. Spojrzeli po sobie z konsternacją. Jednak po jego wyjściu szybko zapomniano o tym incydencie. Mariusz uśmiechnął się cierpko i wrócił do oglądania wojennych zdobyczy.
Sertoriusz przekazał decyzję wodza jednej z kobiet. Nie chciał patrzeć w jej oczy, oczy rannego zwierzęcia, na których dnie czai się strach. „Nie zostawiacie nam wyboru” usłyszał ciche słowa. Liktorzy zabrali ją i pozostałe kobiety.
Gdy znalazł się w swoim namiocie, opadł na ławę. Kazał podać sobie dzban z winem. Centurion Marek, który czekał na niego, patrzył teraz z rosnącym niepokojem.
– Panie…
– Cokolwiek to jest, musi zaczekać do rana.
Odprawił go szybkim gestem, a Marek, nieco urażony, opuścił namiot.
– Chcę zapomnieć o dzisiejszym dniu, choć wiem,że ten jutrzejszy nie przyniesie nic lepszego – wymamrotał. Pociągał łyk za łykiem, ale jego umysł wciąż był jasny i klarowny. Miał mocną głowę, nie potrafił jak inni się upijać. Niewolnik próbował odebrać mu wino, ale na to nie pozwolił. Wreszcie złożył głowę na stole i upojony zasnął.[…]
Ranek powitał wszystkich chłodem i mgłą, która spowiła obóz zwycięzców. Słońce nie potrafiło przebić się zza chmur.
Sertoriusz kategorycznie zabronił budzenia, ale jeden z niewolników łagodnie nim potrząsał.
– Panie, jest tu jeden ze strażników z obozu kobiet. Chce coś przekazać.
– Niech z tym idzie do legata – Sertoriusz odczuł jak go bolała głowa. Nie był przyzwyczajony do takich ilości wina.
– Mówi, że coś złego wydarzyło się w obozie kobiet.
Sertoriusz spojrzał przytomniej. Ogarnął się i wybiegł z namiotu, by wysłuchać relacji strażnika.
– Gdy wczoraj po rozmowie z tobą kobiety zabrano do obozu, rozległy się krzyki i płacze. A później…wszystko zamilkło. Nawet płacz niemowląt. To jest właśnie zastanawiające. Ta cisza trwa od wczorajszego wieczoru.
– Nie sprawdziliście?
– Dostojny legat zabronił.
Sertoriusz westchnął, ale nagle ogarnęło go nieznane przeczucie. – Konia! – rzucił energicznie do swoich ludzi. Zaskoczeni obserwowali jak wskakuje na rumaka i gna w kierunku bramy.
Rozleniwieni i rozradowani zwycięstwem oficerowie i żołnierze dopiero wstawali. Niektórzy zdziwieni wpatrywali się w sylwetkę jeźdźca, który przemknął obok nich.
Sertoriusz znalazł się przy bramie obozowiska dla niewolników.
– Nadal nic? – zapytał prędko wartowników.
– Cisza. Posłaliśmy wiadomość do konsula, ale nikt nie przybył…
Sertoriusz przekroczył bramę, za nim podążyli wartownicy. Wszedł do jednego z namiotów, ale po chwili wybiegł z niego jak oszalały. Zatrzymał się obok rosnącego drzewa, pochylił i zwymiotował. Żołnierze obserwowali go z niepokojem, gdy się krztusił. Gdy się opanował, popatrzył na żołnierzy i wyrzekł twardo:
– Nie żyją.
– Wszystkie kobiety? – wpadł mu słowo jeden z oniemiałych wartowników.
– Nie wiem czy wszystkie, ale te w tym namiocie na pewno. Udusiły siebie i dzieci.
Żołnierze odwrócili się. Do obozu zbliżała się grupa jeźdźców z Lucjuszem Korneliuszem na czele.
– Co się stało? – zapytał ten ostatni bez żadnych wstępów.
– Przekaż dostojnemu Mariuszowi, że nic takiego. Krnąbrne, barbarzyńskie córki teutońskiego ludu popełniły zbiorowe samobójstwo. Ale to głupstwo w porównaniu z chwałą jaką okrył się Rzym i nasz dostojny konsul – cynicznie stwierdził Sertoriusz.
Jeden z żołnierzy Korneliusza, słysząc te słowa, zawrócił do obozu.
– Trzeba będzie podpalić ten obóz. – ciągnął Sertoriusz.
– Tyle kobiet – westchnął Korneliusz z żalem – Takie marnotrawstwo… – dodał z żalem. – I to z winy Mariusza.
Przyjrzał się uważnie Sertoriuszowi, ale ten wyraźnie rozczarowany jego postawą, wsiadł na konia i bez słowa odjechał.
Nie chciał teraz widzieć nikogo, chciał an chwilę znaleźć się gdzieś daleko, z dala od takich ludzi jak Mariusz i Sulla, którzy myśleli tylko o własnym interesie, bez względu na to czego on dotyczył. […]

Pozostawała jeszcze jedna sprawa do załatwienia. Sertoriusz udał się do niewielkiego obozu kupców i handlarzy niewolników. Podążali oni za rzymskimi legionami, zawsze w bezpiecznej odległości. Gdy Orły Republiki triumfowały, zjawiali się natychmiast, rozbijali obóz i czekali, aż towary trafią w ich ręce. Handlowano zdobyczami wojennymi, ale przede wszystkim czekano na ludzkie zasoby. Mężczyzn przeznaczonych do prac budowlanych lub kamieniołomów, chłopców na służbę, kobiet, które miały być niewolnicami. Handlarze byli niczym sępy, które zajmują strategiczne miejsca i przyczajone, czekają na ofiary. Sertoriusz ich nie znosił. Ale wśród nich miał też jednego znajomego kupca z Nursji, który wielokrotnie pomagał w przeszłości jego ojcu. Teraz on zamierzał go prosić o przysługę.
– Ten chłopak, którego ci powierzam – zaczął nieśmiało Sertoriusz wręczając grubą sakiewkę. – Zajmij się nim dobrze, możesz wyszkolić go na swojego pomocnika. Pieniędzy nie poskąpię.
Alard nie zginął na polu walki. Sertoriusz odnalazł go, zabrał z obozu i przekazał kupcowi.
– Nie martw się, panie – odrzekł ten w odpowiedzi. – Będzie mu u mnie dobrze.
– Gdzie teraz jest?
– Śpi. Wyczerpały go protesty – kupiec uśmiechnął się – Próbował uciec, ale moi ludzie opanowali sytuację.
– Pilnuj go dobrze. Nie chcę, żeby stała się mu krzywda.
– Nigdy cie nie zawiodłem, panie. I teraz nie zawiodę.
Setoriusz zamienił jeszcze kilka słów ze znajomym. Nie wiedział, że Alard leżał na pobliskim wozie. Pilnowany przez strażników, nie spał, tylko przysłuchiwał się tej rozmowie. Nie rozumiał jej sensu, ale wiedział, że to o nim była mowa.
Zacisnął pięści, aż nabrzmiały.
– Przysięgam, Kwintusie Sertoriuszu… – wyszeptał. Poznał już prawdziwe nazwisko człowieka, którego znał jako Eldara. – Przysięgam na głowę mojego ojca, że kiedyś cię odnajdę. A wtedy zapłacisz za to, co uczyniłeś mojej rodzinie. Za to co uczyniłeś całemu mojemu ludowi…
Sertoriusz nie słyszał tych gróźb. Pożegnał kupca i odszedł, nie wiedząc,że odprowadza go para pałających żądzą zemsty oczu.

Droga wiodła na strome zbocze. Cień ludzki powoli przesuwał się ku górze. Gdy był na szczycie odwrócił się, aby ostatni raz objąć spojrzeniem dolinę. Siwe włosy opadały na zmęczoną twarz tego człowieka, ale nie miał sil, aby je odgarnąć. Wspierał się na grubym kiju. Druid Elmar wiedział, że musi odejść, zostawiając za sobą trupy swoich braci. Coś dławiło go w gardle, gdy tak patrzył na te pola, teraz przesiąknięte teutońską krwią. Wiedział, że wielu ludzi będzie tedy przejeżdżało, ale nikt nie odważy się zatrzymać na dłużej. „Campi Putridi” zaszumiały drzewa. Taką odtąd nazwę miało nosić to miejsce – Gnijące Pola…

Rozdział dziewiąty. Castrum


– Pierwszy, drugi, trzeci…
Ci przeklęci barbarzyńcy użyli własnych tarcz i zjeżdżali na nich po górskich stokach. Jeden po drugim… Ten kto tego nie widział na własne oczy, nigdy nie uwierzy…
Głos Filipa stał się nieco ochrypły. Wyczerpanie długotrwałym marszem namalowało podłużne bruzdy na jego twarzy. Zamilkł zmęczony, ale zaraz dodał:
– W takim tempie Cymbrowie szybko sforsują góry.
Zebrani zwiadowcy popatrzyli po sobie, aż w końcu ich oczy spoczęły na Sertoriuszu. Ten jakby zwlekał z decyzją. Wszystkie raporty brzmiały tak samo.
– Wracamy do obozu. – zdecydował z rezygnacją.
Wieści nie mogły być gorsze. Pomimo niesprzyjających warunków pogodowych, Cymbrowie zdecydowali się przejść przez góry. Czynnikami, które przyspieszały ich wędrówkę były głód i zimno, przed którymi próbowali znaleźć schronienie. W tej sytuacji konsul Katulus wycofał obóz za rzekę Natizo. To tutaj okopał się w obozie, czekając na przeciwnika i wsparcie jakie spodziewał się otrzymać z Rzymu.
Sertoriusz w towarzystwie zwiadowców wrócił do castrum. Przywykł do tego obozowego życia, od miesięcy nie znał innego. […]
Wiatr przeciągle wygrywał posępne melodie, poruszając płótnami namiotów. Pogoda dawała się wszystkim we znaki, a do tego dochodziło nerwowe napięcie. Niektórzy młodzi rekruci nie wytrzymywali, codziennie przynoszono konsulowi raporty o nowych dezercjach.
Sertoriusz poprosił o audiencję i uzyskał niechętną zgodę konsula.
Kwintus Lutacjusz Katulus był politykiem z krwi i kości, doskonale czuł się w sądzie, w senacie czy przemawiając do ludu z rostry, ale żołnierzem był marnym. Nawet zbroja nie leżała na nim tak jak na innych. Męczył się jako dowódca wojska, ale jako konsul nie mógł wymówić się od tego przykrego obowiązku. Wiedział, że nie panuje nad ludźmi: dezerterów i niezadowolonych przybywało, morale z każdym dniem słabło. Otoczony był młodymi dowódcami, którzy myśleli o własnej karierze senatorskiej, a obowiązek militarny traktowali jako przymusową konieczność. Wśród nich był ambitny Marek Emiliusz Skaurus, syn pierwszego senatora Republiki.
Wrodzona duma Katulusa nie pozwalała mu napisać do Mariusza, który z częścią wojsk wrócił po Aquae Sextiae do Rzymu. Na dodatek obecność Sertoriusza sprawiała, że czuł się obserwowany, jakby konsularny kolega śledził każdy jego krok.
Nie od razu wysłuchał młodego trybuna. Zapoznał się najpierw z doniesieniami zwiadowców. Gdy Sertoriusz skończył raport, Katulus już powziął decyzję.
– Jeszcze dziś wyruszysz do obozu Maniusza Akwiliusza. Poprosisz o wsparcie.
– Czy nie powinien tu zostać, panie? Mógłbym wesprzeć swoją radą dostojnego legata Skaurusa…
– Wykluczone. – Katulus dostrzegł, że nadarza się okazja pozbycia niewygodnego oficera. – Ufam, że dzięki znajomości terenu dotrzesz tam szybciej niż zwykły kurier.
Sertoriusz przełknął ślinę.
– Jak każesz, panie.
– Przygotuję listy. Za godzinę je odbierzesz i ruszysz w drogę.
Sertoriusz skłonił się chłodno i opuścił namiot. Rozumiał doskonale, że konsul pragnął się go pozbyć. Wielu ludzi widziało w nim człowieka Mariusza. Nie czuł się z tym dobrze, ale niewiele mógł uczynić, aby to zmienić. […]
Wyjeżdżając z obozu zdecydował się zabrać Filipa. Lubił młodego i sprytnego zwiadowcę, który z niejednej beznadziejnej sytuacji potrafił znaleźć wyjście. Na pożegnanie mocno uścisnął rękę centuriona Marka.
– Niech bogowie mają was w swojej opiece- dodał wsiadając na konia.
– I ciebie, panie – poważnie odparł centurion. Sertoriusz zrozumiał, że w tych słowach kryła się pewna tajemnica. Centurion Marek zjawiał się wielokrotnie w najmniej spodziewanych momentach i ratował mu życie. To go zastanawiało, ale nie chciał stawiać żadnych zbędnych pytań. Ludzie pokroju Marka cenili żołnierski honor ponad wszystko. Takimi ludźmi lubił się otaczać. Skinął mu ręką na pożegnanie i ponaglił konia w kierunku bramy wyjazdowej. Filip podążył za nim.
Centurion długo wpatrywał się w dal, aż dwie sylwetki zniknęły za horyzontem.

Nienasycona fala ludów przedzierała się w stronę życiodajnych pól italskich. Na ich drodze miał stanąć samotny obóz…
Centurion Marek wiedział, że na nowych legionistach nie można było polegać. Katulus zebrał ich dosłownie w ostatniej chwili, nie mieli odpowiedniego przeszkolenia ani nawet broni. To nie były te legiony co kiedyś… Wtedy to byli żołnierze, dla których walka w imieniu Republiki była całym sensem. Walczyli dla swoich rodzin, walczyli dla chwały, jaką mieli się okryć w pieśniach. A dziś … Szkoda słów… Mariusz wcielał do armii każdego obwiesia, na jakiego natrafił. W przeszłości słowo legionista wzbudzało podziw. Obecnie można było liczyć na politowanie.
Marek nie sądził, aby z tej zbieraniny mogło być karne wojsko. Oni przychodzili tu dla pieniędzy, aby nie głowić się co jutro włożyć do garnka. Bandy z Eskwilinu i Subury, byli gladiatorzy, zubożali rolnicy, drobni handlarze i złodziejaszki ( te dwie grupy były ze sobą mocno powiązane!). Ale najgorszym do zniesienia faktem było, to, że Mariusz wcielał do armii nawet barbarzyńskie plemiona, które do niedawne wspierały Teutonów czy Cymbrów. Marek mógł zrozumieć obecność plemion galijskich czy sprzymierzonych. Ale dla niego, starego zwiadowcy, barbarzyńcy byli poniżeniem. Wiedział, ze przy pierwszej lepszej okazji zdezerterują.
Marek poznał też drugą stronę tej osobliwej reformy. Tę, która w tak krótkim czasie wyniosła go do rangi centuriona. Primus pilus. Pierwszy centurion! W przeszłości awans trwałby całe lata. A tak w krótkim czasie został pierwszym centurionem. I był z siebie niesłychanie dumny. Jego centuria była jedną z pierwszych jaki powołano do życia po Arausio. Spieszono się, wszak wróg stał u bram. Cymbrowie i Teutoni nie nadeszli, nie przypuścili spodziewanego ataku. Wręcz przeciwnie – rozproszyli się na równinach Galii i Hiszpanii. A Mariusz zyskał cenny czas. Na zbudowanie innej armii, jakże innej od poprzednich…

Złe wiadomości przyniesiono o pierwszej straży, gdy Marek sprawdzał swoich żołnierzy. Od razu zauważył podniecenie w pretorium, oficerowie wchodzili i wychodzili.
Zagadnął jednego ze swoich podwładnych:
– Co się dzieje?
– To co zawsze – tamten roześmiał się w odpowiedzi – Bojaźliwa arystokracja już się nawojowała. Najchętniej wsadziliby swoje tłuste dupska na kobyły i pognaliby do bezpiecznego Rzymu.
– Bezpiecznego, ale na jak długo? – zapytał jeden z stojących obok chorążych. – Cymbrowie nie odpuszczą, chcą iść na południe i jeśli zechcą, przejdą przez Rzym.
Wezwano ich do dowódców. Rozmowy były szybkie i urywane.
„Nikt nie chce, żeby to skończyło się jak pod Arausio.”
Trybuni i centurioni zaniemówili.
– Jest nas zbyt mało, oni są zbyt silni… – padały logiczne argumenty. Wyliczano za i przeciw…
– Mamy się wycofać ? – jeden z trybunów nie wytrzymał. Marek Emiliusz Skaurus, który przed chwilą podawał sensowne argumenty, teraz zamilkł zmieszany. Jeden z jego zastępców odchrząknął i próbował wytłumaczyć, że wycofanie się w celu zajęcia lepszych pozycji nie będzie traktowane jak ucieczka.
– A rodziny? Osady? Co się stanie z ludźmi? Mamy się wycofać i zostawić ich na pastwę barbarzyńców? Jeśli zlikwidujemy obóz, zostawimy barbarzyńcom otwartą drogę do Italii.
To było oczywiste. Podoficerowie patrzyli w oczy swoich dowódców. Ale ci odwracali wzrok.
Nie było wystarczająco dużo zapasów, rekruci zebrani naprędce przy pierwszej okazji zdezerterują, brakowało broni.
Marek wrócił do swojego oddziału. Jego tłusty optio, o nalanej twarzy, mieszał fasolę w garnku. Nabrał trochę jedzenia do ust, część przeżuwał, resztę wypluł.
– Arystokracja myśli o wycofaniu się. A co z nami?
– My? My mamy słuchać rozkazów- uciął sucho Marek. Optio patrzył niepewnie.

To był jeden z tych dni, o których każdy modli się, aby nigdy nie nadeszły. Zbudzono go nad ranem:
– Centurionie… Część oddziałów wyszła…
– Jak to wyszła?…
– Uciekli…opuścili obóz…
Marek zerwał się na równe nogi. To co usłyszał przeraziło go do szpiku kości.
W obozie panowało zamieszanie. Blisko połowa legionów i jazdy zdążyła go opuścić. Konsul Katulus jednak pozostał. Marek dostrzegł go przy jednym z namiotów jak rozmawia z legatem. Jego twarz wyraźnie poszarzała. Stracił swoją zwykłą werwę i animusz.
Centurion przybliżył się, ale nie śmiał podejść do nich. Z daleka dostrzegł młodego, zapalczywego chłopaka, który gestykulował mocno i coś tłumaczył pozostałym. Rozpoznał w nim syna konsula, młodego Kwintusa Lutacjusza.
– Mamy zostawić ludzi i uciec razem z tamtymi ?!– gorączkował się młody człowiek – Ojcze, nie możesz się na to zgodzić! Na twój honor!
– Tutaj też nie możemy zostać – sucho stwierdził stary konsul – To równa się samobójstwu. Nie utrzymamy obozu.
– A gdyby tak- rozpoczął legat Skaurus – gdyby ruszyć za nimi?
– Za kim? Za dezerterami? Im należy się sąd – wykrzyknął młody Katulus. – Porzucili swojego wodza…
– Jeżeli przeżyję, postawię ich przed sądem – sucho oznajmił konsul.
– Jeśli przeżyjesz… a jeśli oni przeżyją opowiedzą swoją wersję wydarzeń.- logicznie zauważył Marek Emiliusz.
– Zdrajcy i tchórze – parsknął młody Katulus.
– Jest inne wyjście – zaproponował Skaurus – Możemy opuścić obóz i ruszyć za nimi. Nie są daleko. Dogonimy ich.
– I co z tego?
– Możesz ich wtedy, konsulu, poprowadzić.. Wtedy to nie będzie dezercja, ale odwrót.
– Mam chronić tchórzy?
– Musisz myśleć o swoim życiu, o życiu swoich żołnierzy. Nie mieliśmy szans w starciu z Cymbrami, teraz tym bardziej ich nie mamy. Ratuj nas, konsulu,-zakończył niemal błagalnie.
Katulus postąpił kilka kroków do przodu. Na jego twarzy pojawiły się bruzdy. Czuł, że ciążąca na nim odpowiedzialność powoli go wyniszcza. Jego syn chciał coś powiedzieć, ale ruchem ręki ojciec nakazał mu milczenie. Wyglądał na człowieka, który stoi przed najtrudniejszą decyzją w życiu. Wreszcie dało się słyszeć ciche westchnienie:
– Niech tak będzie, Marku Emiliuszu. Przygotuj ludzi do wymarszu. Musimy się spieszyć.
Jego oczy niespokojnie wędrowały po obozie. Młody Kwintus milczał, gdy Marek Emiliusz odszedł z rozkazami.
– Historia pokaże czy było warto – wyszeptał pobladłymi wargami konsul.

Centuria Marka stała nieruchomo. Słowa Skaurusa ich zszokowały.
– A co będzie z rodzinami? Z osadami? – padały pytania. Legat wbił wzrok w ziemię. Centurion Marek w przejęciu słuchał pytań swoich żołnierzy, gdy te padały jedno po drugim.
– Przygotujecie się do wymarszu.
Zapanowała zupełna cisza, a wtedy żołnierze usłyszeli łamiący się, ale przejmujący głos Marka:
– Nie wyruszymy.
Skaurus spojrzał zszokowany na upartego żołnierza.
– Co ty mówisz, centurionie… Otrzymałeś wyraźny rozkaz…
– Jeżeli chcesz, panie, możesz uciekać, ale ja i moja centuria tu zostaniemy…Nie zostawimy ludzi samych…
– Przecież Cymbrowie zetrą was z powierzchni ziemi…
– Jeżeli to jest nam pisane, niech i tak będzie… Nie zamierzamy uciekać przed niebezpieczeństwem…
Skaurus zagryzł wargi. Spojrzał w oczy zbuntowanego centuriona, ale w nich tkwiła tak wielka determinacja, że musiał odwrócić wzrok. Odszedł zameldować o wszystkim konsulowi.
Wraz z centurią Marka zdecydowały się pozostać jeszcze dwie. Została też część łuczników i auxiliaries.
Katulus również nie mógł ich przekonać do zmiany decyzji.
– Mógłbym was oskarżyć o zdradę… – zaczął nerwowo.
– Nie jesteśmy w Rzymie, konsulu. Tu sąd wygląda inaczej… – przerwał mu Marek. Katulus popatrzył mu prosto w oczy i nic nie odrzekł.
Reszta obozu, wraz z konsulem i oficerami wyruszyła w pół godziny później. Ze starszych oficerów zostali jeden trybun i starszy centurion nazwiskiem Petrejusz. Trybun był bardzo młody i przejęty tym, co się wokół niego działo.
– Dobrze, zabieramy się do roboty. Trzeba się mocno okopać. To od nas samych zależy, co tu zastaną.
Centurion Marek popędził swoich ludzi, aby nie patrzyli za odchodzącą kolumną, która majaczyła jeszcze w oddali. W końcu zniknęła z oczu, a wraz z nią zniknęła nadzieja na przeżycie.

Autor: Joanna Morgan

Opowiadanie w świecie antycznego Rzymu.

IMPERIUM ROMANUM potrzebuje Twojego finansowego wsparcia!

Aby portal mógł istnieć i się dalej rozwijać potrzebne jest finansowe wsparcie. Nawet najmniejsze kwoty pozwolą mi opłacić dalsze poprawki, ulepszenia na stronie oraz serwer. Wierzę w to, że będę mógł liczyć na szersze wsparcie, które pozwoli mi jeszcze bardziej poświęcić się mojej pracy i pasji, maksymalnie usprawniać stronę oraz ukazywać świat antycznych Rzymian w interesującej formie.

Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!

Co nowego w świecie antycznych Rzymian?

Praktycznie co chwilę pojawiają się nowe informacje o nowych odkryciach i ciekawostkach o antycznym Rzymie. Jeśli chcesz być na bieżąco z nowościami zapisz się do newslettera.

Zapisz się do newslettera!