Ta strona nie może być wyświetlana w ramkach

Przejdź do strony

Jeśli znajdziesz błąd ortograficzny lub merytoryczny, powiadom mnie, zaznaczając tekst i naciskając Ctrl + Enter.

Ziemia Rzymu. Korona z Traw

Sulla i Mariusz
Sulla i Mariusz

Nowy cykl opowiadań Pani Joanny Morgan – pasjonatki kultury antycznej – która w wolnych chwilach pisze opowiadania umiejscowione w świecie antycznego Rzymu. Praca zatytułowana: “Korona z Traw” jest kontynuacją pierwszego opowiadania przedstawiającego rywalizację Sulli i Mariusza. Tym razem akcji toczy się w Hiszpanii oraz na wschodzie.

Prolog

To był Czas Burzy.

Najstarsi ludzie nie pamiętali ani takich znaków na niebie, ani klęsk jakie nawiedziły ziemię. Najpierw szarańcza spustoszyła pola, później długotrwała susza dokonała dzieła zniszczenia. Ludzie modlili się w domach, przy ołtarzach, do wszystkich bogów jakich znali. Przerażeni, otępiali z rozpaczy,  musieli się zmierzyć z widmem głodu.

Chmury płynęły niespokojnym rytmem,  przysłaniając osłabione promienie słoneczne. Konie, w przydomowych zagrodach, płoszyły się z byle powodu, strzygąc uszami.  Psy ujadały z wściekłością lub wyły długo w nocy, wyczuwając te najczęściej towarzyszące ludziom uczucia: rozpacz i strach.

Ale najgorsza z plag miała dopiero nadejść. Wszystkie hiszpańskie osady zadrżały na dźwięk  wroga, który podążał wprost na nich.

Tym wrogiem byli Rzymianie.

Coraz częściej zapuszczali się w głąb Hiszpanii, stawali się coraz bardziej napastliwi.

Burza nadchodziła i miała  zmienić oblicza wielu miast i osad.

Rozdział pierwszy. Bona Dea

Długo chorował.

Niewiele pamiętał z tego okresu. Twarze ludzi przesuwały się jak obłoki na niebie, realne obrazy mieszały  z majakalnymi mrzonkami. Słyszał jakieś podniesione głosy, słowa wypowiadane z przejęciem, ale nie wiedział kto je wypowiadał, ani w jakim celu. Czasami z tego chaosu wyłaniała się przed nim zakrwawiona sylwetka Saturninusa, który próbował schwycić go za rękę i słyszał syk, który wypełniał mu całą głowę: „Zdradziłeś nas”.

A później w tej straszliwej poświacie majaczyła twarz Metellusa Numidicusa i rozbrzmiewały jego słowa „Walczysz nie tylko z wrogami,  zdradzasz też własnych sojuszników. Kim ty jesteś, Mariuszu? Człowiekiem znikąd, bez honoru!” – padała odpowiedź , straszliwa niczym wyrok.

I te właśnie słowa sprawiały, że Gajusz Mariusz męczył się jeszcze bardziej. Gorączka trawiła go bezustannie. Pogrążał się w niebycie, by za moment powrócić do normalności. Długo był na granicy dwóch światów.

Aż nagle wszystko ucichło.

Zmory, koszmary odpłynęły w niebyt. Zamiast nich wyczuł silną obecność kogoś, kto go wspierał .

– Jesteś? – pytał w malignie.

– Jestem –   słyszał w odpowiedzi kojący głos Julii Marii.

Czy to dobrzy bogowie sprawili, czy wytrwałość medyków, że Mariusz otworzył oczy. Szybko przemknął nimi po pokoju i zamknął na powrót.

– Gdzie jestem? – zadał ciche pytanie.

-W domu, przy mnie – padła znów spokojna odpowiedź Julii. Jej ciepły głos zdziałał cuda. Dotknęła swoja miękką dłonią jego dłoni. I o nic więcej nie musiał pytać, niczego nie potrzebował. Żył.

Wracał do zdrowia. I do świata, którego wciąż był częścią.

Ale cóż to był za świat , po tym co spotkało Saturninusa? Wiedział, że zdradził jego i Glaucję. Rozumiał też, że nie było innego sposobu. Musiał ich poświęcić na tym ołtarzu ofiarnym. Wybrał raz jeszcze frakcję senatorską; wybrał tych, którzy go poniżali wielokrotnie w przeszłości. Inny człowiek na jego miejscu mógłby ogłosić się dyktatorem, przejąć władzę. Pokazać skorumpowanym elitom, że jest ktoś kto ich zatrzyma. Ale nie on. Bo on, Mariusz, w wgłębi duszy chciał być jednym z nich. Pragnął ich akceptacji i szacunku.

Lecz  choroba i te przeżycia uświadomiły mu, że przenigdy nie będzie taki sam jak oni. W ich oczach zawsze pozostanie homus novo, człowiekiem znikąd.

„Nigdy nie będziesz jednym z nas” przypomniał sobie słowa Metelusa. „Nigdy” wybrzmiało wielokrotnie w jego głowie.

Więc po co te wszystkie starania, i śmierć Saturninusa i Glaucji ? Ich ofiara poszła na marne.

Wracał pamięcią do tamtego dnia, zastanawiając się czy można było ich ocalić. I odpowiedź nasuwała się sama. Zniszczono ich, mszcząc się na nim. Zniszczono ich jego własnymi rękami.

Tak jak wtedy, gdy Metellus musiał skazać na śmierć swojego człowieka. To zemsta.

Oni nie wybaczają.

Z każdym dniem jego kondycja fizyczna się poprawiała. Wstał z łoża. Zaczął się poruszać po domu, interesować codziennymi sprawami , wreszcie przyjmować swoich klientów.

Ale jego kondycja psychiczna pozostawiała wiele do życzenia. Julia Maria z niepokojem dostrzegała pewien wyraz zaciętości, którego wcześniej u niego nie widziała. Nie wróżył on niczego dobrego.

Wzdychała widząc tę zmianę. Kiedyś Mariusz był skryty, zamknięty w sobie, tajemniczy. Teraz te cechy tylko zyskały na znaczeniu.

Mogła się tylko modlić, aby nie przysporzył jej nowych zmartwień. Nosiła więc do świątyń błagalne ofiary. I wezwała na pomoc swoją sojuszniczkę.

Tak naprawdę, to nawet  nie musiała wzywać. Marta była stale obecna w ich życiu.

Nie obraziła się, gdy senatorowie nie wyrazili zgody na jej wystąpienie w kurii. Jej pozycja i tak była bardzo silna. Wystarczyło, że owinęła sobie wokół palca wszystkich domowników. I chociaż Mariusz kupił dla niej wygodną willę na przedmieściach, równie ochoczo przyjmowała gościnę w jego rezydencji.

Żona Mariusza jej sprzyjała. Julia wierzyła, że przepowiednia syryjskiej kapłanki o siedmiu konsulatach ma zbawienny wpływ na Mariusza. Dzięki niej, miał przed sobą cel do realizacji. I czuła, że on  z  nie zrezygnuje z osiągnięcia tego celu…

Tego popołudnia Marta zjawiła się wcześniej niż zazwyczaj i bez zbędnego ceremoniału wkroczyła do pokoju Mariusza. Ten przeglądał i porządkował dokumenty z senatu. Dostrzegła na jego twarzy niezwykłe ożywienie.

– Wiesz co to jest , prawda? – zapytał unosząc pergamin.

– Domyślam się – odparła. I rzeczywiście tak było. Na mieście słychać było coraz częstsze rozmowy o przyszłości Mariusza. Uśmiechnął się bardziej do siebie niż do niej. Jego twarz wciąż była nieco blada po przebytej chorobie.

– Zostałem specjalnym legatem – oznajmił – Wysyłają mnie z misją na wschód.

– I co powiesz na to? – zapytała Marta podchodząc bliżej.

Mariusz usiadł wygodnie na krześle.

– Chcą się mnie pozbyć z Rzymu. Jestem dla nich niewygodny. Ten, który ocalił Republikę – tu zatrzymał wzrok na swoim popiersiu z wieńcem laurowym na głowie. – Trzeci założyciel Rzymu. Ojciec ojczyzny – dodał z szczyptą ironii w głosie.

Zapanowała cisza. Marta znów przybliżyła się i dotknęła ręką jego ramienia.

– Chcą powrotu Metellusa do Rzymu – ciągnął dalej Mariusz- Jeżeli wyjadę, przeforsują ustawę. Jego syn nie ustaje w wysiłkach odwołania ojca z wygnania. Nawet nazywają go Pius, nieustępliwy.

Marta zaśmiała się nerwowo, chociaż nie było jej do śmiechu.

– Jeżeli Metellus Nepos zostanie konsulem, a z nim ktoś taki jak Tytus Didius , to Numidicus powróci. Didus tak zadziera nosa, że wkrótce potknie się o własne nogi. Co to za człowiek…

– Nie myśl o nich. Oni wszyscy się nie liczą. Ty będziesz konsulem Rzymu. Zostaniesz nim po raz siódmy. – głos Marty wypełnił cale tablinum.

Mariusz zwrócił  ku niej  swoje oczy.

– Nie wiem czy chcę nim zostać.

– To nie jest tylko twoja decyzja. Tak chcą bogowie – dodała z naciskiem. – To będzie wielki konsulat – zaczęła mówić jak natchniona. Policzki jej zapłonęły, a pierś zaczęła falować -Wkroczysz do miasta wielki i potężny. Twoi wrogowie się ukorzą. Przy tobie będą ludzie, którzy nie znają strachu.  Ogień wskaże ci drogę – tu przerwała jakby zaniepokojona swoją wizją i przyjrzała  mu się z uwagą.

Mariuszowi pod wpływem jej słów zakręciło się  w głowie.

Podtrzymała go  za ramię. – Wybacz mi , panie. Nie odzyskałeś jeszcze sił.

Mariusz zaprzeczył ruchem głowy.

– Dobrze się czuję. Tylko te twoje słowa. Julia uważa, że powinienem się udać na wschód. Przysięgałem w świątyni, że w zamian za zwycięstwo nad Cymbrami i Teutonami ofiaruję tę podróż Dobrej Bogini. Co o tym myślisz?

– Nie możesz obrazić bogini. – Marta przyklękła przy jego krześle. – Rozpocznę przygotowania do naszego wyjazdu.

– Naprawdę chcesz jechać? – zapytał
z wdzięcznością i pogładził ją po głowie. W wielkich czarnych oczach Marty odbiły się dziwna tkliwość i przywiązanie. Jej głos rozbrzmiewał niczym muzyka.

– Obiecałam, że będę przy tobie w najważniejszych momentach twojego życia. – wyszeptała z mocą – I słowa dotrzymam. –

Nagle  wstała kierując się energicznie do wyjścia. W drzwiach zatrzymała się jednak, jakby walcząc z sobą – Na wschodzie czeka na ciebie ktoś, z kim powinieneś się zobaczyć – dodała tajemniczo.

Mariusz patrzał jak jej szaty lekko się rozwiewały, gdy odchodziła.  Tak, na wschodzie był ktoś, kto mógł pomóc  powrócić mu na  szczyt, odzyskać szacunek i wszystko to co utracił. Należało to tylko odpowiednio rozegrać. I dziwny uśmiech zabłąkał się na jego ustach.
– Niech go porwą Furie i strącą w same najgłębsze czeluści piekła! – głos Lucjusza Korneliusza wypełnił wnętrze niewielkiego domu usytuowanego w zacisznej, prastarej części Palatynu. – Niech cierpi wieczne katusze! – wykrzyknął ponownie. Jednym gwałtownym ruchem strącił stojące na stole naczynia. Potoczyły się z głośnym hukiem po podłodze. Następnie Lucjusz pochwycił dzban i rzucił nim w przeciwległą ścianę. Naczynie odbiło się i trafiło w popiersie jednego z przodków rodu Korneliuszów. Popiersie zachwiało się, zadrżało i runęło z brzękiem na ziemię.
Przerażeni gniewem swojego pana niewolnicy rozpierzchnęli się na wszystkie strony, chowając po kątach.
– Nie zostałem pretorem – powiedział do siebie Lucjusz Korneliusz. – Nie zostałem pretorem, bo on tak chciał… On, Mariusz… tyran republiki. Ale dla wszystkich Mariusz wybawca, Mariusz ojciec ojczyzny… Sprawa Saturninusa powinna go pogrążyć na wieki, ale tak się nie stało…
Korneliusz zaczął rozglądać się po swojej willi, tak jakby ją zobaczył po raz pierwszy. Nie spędzał tu zbyt wiele czasu, wybierając wygodniejsze lokum Nicopolis na Kwirynale. Dach w domu jego przodków przeciekał, wszędzie walały się niepotrzebne przedmioty, a po perystylu spokojnie spacerowały kury.
– Co tu robi to ptactwo ? – zadał pytanie swojemu wyzwoleńcowi, Chrysogonusowi.
Ten ziewnął niedbale i odparł :
– To tylko gęsi i kilka kur. Gdzieś trzeba je trzymać. Są niczym święte ptaki.
– Jakie święte? One paskudzą mozaikę… wcale nie są święte … Zabierz je natychmiast.
Chrysogonus przywołał kilkoro zalęknionych niewolników, aby posprzątali perystyl.
Wtedy Korneliusz dostrzegł stojącą nieopodal kobietę. Stała niepewnie, jakby w obawie przed nim. Ubrana była jak do podróży.
– Jest i nasza domina … Pewnie ty też uważasz, że to święte ptaki? – zwrócił się do niej.
Aelia nie podnosiła oczu, jakby lękając się szyderstwa, które mogła wyczytać z twarzy męża. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Lucjusz Korneliusz nie wierzy w żadnych bogów i nie ma dla niego żadnych świętości.
– Nadawałabyś się na żonę Mariusza. Razem trzymalibyście święte ptaki, cały dom byłby wypełniony figurkami tylu bóstw, że nikt by ich nie policzył… A o rytuałach, które odprawialibyście we troje z tą jego syryjską wiedźmą, to już nie wspomnę…
Kobieta przygryzła wargi. Jej dość ładna twarz przepełniona była smutkiem i melancholią. Wiedziała, że mąż poślubił ją tylko dla pieniędzy jej rodziny. Podobnie jak jego pierwsza żona z Juliuszy miała wspomóc jego karierę. Julia znanym rodem, a ona pieniędzmi swojej rodziny.
Opiekowała się też synem i córką z pierwszego małżeństwa Korneliusza, dwojgiem równie zagubionych w tym domu dzieci jak i ona.
Czasami dziękowała losowi,że jej łono było niepłodne,że nie dała mężowi dziecka. Przez kilka pierwszych lat skrycie liczyła, że Lucjusz odeśle ją z tego powodu do domu ojca. Nic bardziej mylnego. Mąż doszedł do przekonania, że skoro ma już jednego dziedzica , to niepotrzebny mu drugi, który kłóciłby się z bratem o majątek po jego śmierci. A i więcej posagów dla córek też nie musiał płacić. Gdy poznała jego zdanie, zrozumiała z jakim człowiekiem ma do czynienia.
– Dokąd się wybierasz, moja żono?
Aelia drgnęła niepewnie. Zebrała się w końcu na odwagę i oznajmiła najśmielej jak potrafiła:
– Wyprowadzam się … Wracam do domu mojego ojca.
– Wyprowadzasz się – powtórzył Korneliusz, który dostrzegł stojące za nią torby podróżne. – No cóż, wyprowadzasz się przed każdymi Idami, to staje się nudne.
– Zabierzcie moje rzeczy do powozu – zwróciła się do dwóch niewolników stojących obok.
– Ruszcie te rzeczy, a powieszę was na najbliższym drzewie jakie znajdę – rzucił krótko Korneliusz. Niewolnicy bezradnie spojrzeli po sobie. – Jeżeli chcesz się wyprowadzić, żono, to musisz sama taszczyć swoje rzeczy do domu ojca aż na Awentyn…
Korneliusz powoli przybliżał się do niej, aż cofnęła się pod wpływem jego gorącego oddechu. Niewolnicy uciekli w głąb domu. Lucjusz stanął tuż przy niej , pochylił głowę do przodu i wyrecytował powoli:
– Zrozum wreszcie Aelio… Jeżeli kiedykolwiek opuścisz ten dom, to będzie moja decyzja… Moja i tylko moja… A do tego czasu, będziesz dobrą i przykładną matroną, czy to ci się podoba , czy nie…. Czy wyraziłem się jasno?
Aelia potaknęła z rezygnacją głową.
– Dobrze – pochwalił ją Korneliusz – A teraz jak na dobrą żonę przystało, każ przygotować mi kąpiel i wieczerzę.
Kobieta posłusznie odeszła. Korneliusz rozejrzał się i rzucił szybko:
– I niech ktoś zabierze stąd te ptaki!
W pół godziny później rozkoszował się ciepłą wodą w swojej łaźni. Tego właśnie potrzebował, aby zrelaksować się w pełni. Okiem wytrawnego drapieżnika przyglądał się też trzem niewolnicom polewającym go wodą.
W końcu dostrzegł stojącą przy wejściu żonę:
– Woda jest ciepła . Chodź do mnie… – wezwał ją ruchem dłoni.
Aelia nie poruszyła się, ale niewolnice podeszły do niej. Nigdy nie lubiła, w przeciwieństwie do swego męża , by duża grupa niewolników przyglądała się jej w kąpieli. Ale polecenia Korneliusza dotyczyły również i jej.
Niewolnice zdjęły z niej tunikę i po chwili zanurzyła się w wodzie aż po szyję.
Korneliusz uśmiechnął się i przesunął w jej kierunku. Przyciągnął ją do siebie.
Starała się opierać, ale jego ręce błądziły po jej ciele, jego szept wpadał w jej uszy
– Czyż nie jest przyjemnie? I chciałabyś to wszystko zostawić? Zostawić mnie…
– Domine , masz gościa – oznajmił jeden z niewolników.
– Nie teraz . Odpraw go… – usta Korneliusza znalazły się na ustach Aelii.
– To Kwintus Cecyliusz Metellus Pius, panie . Mam go odprawić?
Lucjusz Korneliusz znieruchomiał. Wypuścił żonę z objęć.
– Zawsze przychodzi nie w porę – mruknął do siebie.
Wyszedł z kąpieli, a niewolnicy prędko wysuszyli jego ciało. Narzucił na siebie tunikę, włożył sandały i energicznym krokiem ruszył do tablinum.
Pius stał na środku pomieszczenia i lekceważąco rozglądał się po zagraconym wnętrzu. Palcami strzepywał niewidzialne pyłki ze swojego eleganckiego stroju.
Na widok wchodzącego gospodarza zmienił wyraz twarzy.
– Jesteś ostatnia osobą, którą spodziewałem się dziś ujrzeć w moim domu, Kwintusie – powitał go szybko Lucjusz Korneliusz.
– Wybacz,że przeszkodziłem. Szykowałeś się do wieczerzy.
– Nic się nie stało. Zawołam żonę…
– To nie jest wizyta towarzyska. Przyszedłem w konkretnym celu.
Korneliusz zaczął badać twarz swojego gościa. Zrozumiał w lot, że ta rozmowa może odmienić wszystko. Że Metellus przełamał się składając wizytę w jego domu.
– Chcesz zostać pretorem, pomogę ci…. Mam środki, mam pieniądze, mam ludzi – wolno mówił Pius – W zamian pomożesz w powrocie mojego ojca z wygnania i w jeszcze jednej sprawie … Ale to co ustalimy zostanie między nami. Nikt nie może wiedzieć o naszym porozumieniu… Nikt, nawet mój ojciec, zwłaszcza mój ojciec – powtórzył z naciskiem… Czy mnie rozumiesz?
Korneliusz słuchał tych słów. Oto jego marzenie się urzeczywistniało. Wszystko było na wyciągnięcie ręki.
– Tak, rozumiem – powiedział w zamyśleniu. – Lepiej niż myślisz.
– Nie zostanę długo- ciągnął dalej Metellus – więc posłuchaj mnie uważnie…

Rozdział drugi. Król

– Ktoś czeka na ciebie na dziedzińcu, panie.
Słowa Marty zmąciły leniwą, popołudniową ciszę. Gajusz Mariusz półleżał na wysłanej delikatnymi suknami sofie. Otworzył szeroko oczy. Napotkały one piękny widok z rozciągającego się przed nim tarasu. Jak na dłoni widać było zatokę, statki zmierzające we wszystkich kierunkach świata, dumne maszty, na których rozpościerały się różnobarwne żagle. Mariusz znów zamknął oczy. Marzył. Od kilku tygodni podróżował po wschodnich krainach. Julię Marię pożegnał jeszcze w Italii, niedyspozycja uniemożliwiła jej morską podróż. Ale nie odczuwał braku jej obecności. Tu, na miejscu tyle spraw zajmowało jego myśli, że zapomninał o dawnych kłopotach.
Miasta wschodu zachwyciły go rozmachem i historią. Każde miejsce stanowiło odrębną opowieść. Kapadocja i Galacja, dwie malownicze krainy szczególnie przykuły jego uwagę. Nic dziwnego, że stanowiły zarzewie konfliktu tutejszych władców : otaczającego się przepychem króla Bitynii, Nikomedesa i tajemniczego dziedzica tronu Pontu, Mitrydatesa. O tym ostatnim zaczynały krążyć dziwne pogłoski. Rzymianie nie mogli polegać na swoich szpiegach, bo ci, wysłani do Pontu, nie wracali żywi. Osoba pontyjskiego monarchy intrygowała Mariusza.
Marta delikatnie, ale stanowczo przypomniała:
– Czeka na ciebie wysłannik króla Pontu.
Mariusz wstał z sofy, rzucił jeszcze jedno zachwycone spojrzenie w stronę zatoki i wyszedł z Martą na zewnątrz.
Dziedziniec tonął w słońcu. Wydawało się, że wszystkie chmury odpłynęły gdzieś w niebyt i nic nie zmąci tego pięknego, słonecznego dnia.
Posłaniec skinął lekko głową i oznajmił nieco tajemniczym tonem głosu:
– To dar dla ciebie, panie.
Na dziedzińcu, tuż obok bramy wjazdowej, stał trzymany przez niewolników, przepiękny, czarny rumak.
Mariusz zmrużył oczy i przyjrzał się zwierzęciu. Nie dał po sobie poznać, jak bardzo jest zachwycony prezentem. Podszedł spokojnie do konia i ujął go za uzdę. Rumak zarżał nerwowo, odwracając łeb. Mariusz przesunął dłonią po jego grzywie, pogładził szyję i poklepał . W pewnym momencie wykonał ruch, jakby chciał go dosiąść.
Wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego. Zwierzę cofnęło się gwałtownie, a Mariusz również odskoczył do tyłu. Rumak zarżał gniewnie i podniósł przednie nogi do góry. Ruszył wściekłym galopem przed siebie. Niewolnicy rzucili się do bramy, chcąc ją domknąć i odciąć drogę ucieczki zwierzęciu. Udało im się to uczynić niemal w ostatniej chwili.
Potężny ogier znalazł się w pułapce bez wyjścia. Rżał, targał wściekle piękną głową, okrążał dziedziniec , próbując się z niego wydostać.
Wysłannik Pontu odsłonił nieco kaptur i zbliżył się do nieokiełznanego ogiera.
Mariusz obserwował jego próby z bezpiecznej odległości. Zachowanie posłańca wzbudziło jego ciekawość.
Człowiek ten podszedł do konia, ale w pierwszym odruchu też musiał odskoczyć . Zaczekał cierpliwie i znów zmierzył się ze swoim przeciwnikiem. Wypowiedział jedno słowo, którego Mariusz nie zrozumiał. Nie znał tego dialektu. To na pewno nie była greka.
Mariusz przyjrzał się uważniej twarzy wysłannika. Uderzyły go idealne, harmonijne rysy jego twarzy. Zerknął na dłonie, na długie wypielęgnowane palce. Od całej sylwetki tego człowieka biły elegancja, pewność siebie i duma. Nie zwrócił na to uwagi w pierwszej chwili.
„To nie jest zwykły posłaniec” pomyślał.
A tymczasem koń stopniowo uspokajał się, zwolnił swój oszalały bieg i pozwolił podejść do siebie człowiekowi. Ten znów do niego przemówił. Przytulił twarz do końskiego łba i począł szeptać do niego, najdelikatniej jak umiał. Koń zarżał, ale zupełnie inaczej. Teraz był spokojny i opanowany. Tak jakby rozmawiał z człowiekiem.
Mariusz stał jak zahipnotyzowany. Widział już wielu zaklinaczy koni, ale kogoś takiego nigdy nie spotkał. Wydawało mu się to niewiarygodne. W tym człowieku kryły się magia i niewytłumaczalna siła. Kto wie, może to sami bogowie obdarowali go taka mocą?
Gajusz Mariusz wciąż obserwował jak tamten człowiek obejmuje szyję konia, jak wspina się na jego grzbiet. Rumak, przed chwilą dziki i narowisty, teraz stał posłuszny i uległy. Tajemniczy przybysz objechał na nim cały dziedziniec. Zatrzymał się dopiero przed Mariuszem. Zeskoczył z konia i podał mu uzdę.
– Jest twój, Rzymianinie. Od dziś możesz go dosiadać.
Mariusz rozkazał swoim niewolnikom , aby przyjęli dar.
Sam spojrzał na uśmiechającą się tajemniczo Martę. Wyczytał w jej twarzy potwierdzenie swoich przypuszczeń. I zrozumiał kim jest jego gość.
– Pójdź za mną – powiedział dobitnie, a po chwili ściszył nieco głos – Królu.
Mitrydates uśmiechnął się i śmiało podążył za rzymskim konsulem. Razem przeszli wewnętrzny korytarz i znaleźli się tuż obok wyjścia na taras.

Autor: Joanna Morgan

IMPERIUM ROMANUM potrzebuje Twojego wsparcia!

Aby portal mógł istnieć i się dalej rozwijać potrzebne jest finansowe wsparcie. Nawet najmniejsze kwoty pozwolą mi opłacić dalsze poprawki, ulepszenia na stronie oraz serwer. Wierzę w to, że będę mógł liczyć na szersze wsparcie, które pozwoli mi jeszcze bardziej poświęcić się mojej pracy i pasji, maksymalnie usprawniać stronę oraz ukazywać świat antycznych Rzymian w interesującej formie.

Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!

Co nowego w świecie antycznych Rzymian?

Jeżeli chcesz być na bieżąco z nowościami na portalu oraz odkryciami ze świata antycznego Rzymu, zapisz się do newslettera.

Zapisz się do newslettera!

Raport o błędzie

Poniższy tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów