Fragment najnowszej książki „Hannibal. Chmury wojny”

Zapraszam do przeczytania fragmentu najnowszej książki: „Hannibal. Chmury wojny” – trzeciego tomu doskonałej powieści historycznej o Hannibalu i wydarzeniach II wojny punickiej. Wydawcą pozycji jest Wydawnictwo Znak.

Kwintus wciąż czuł się podle. Znajdował się w kwaterze Pinariusza razem z Coraksem. Dobra wiadomość była taka, że Coraks uwierzył Thersitesowi; zła, że jego centurion zabrał go ze sobą do dowódcy garnizonu, na wypadek gdyby Pinariusz chciał go osobiście wysłuchać. Traf chciał, że przybyli akurat na odprawę wszystkich sześciu centurionów w garnizonie. Coraks kazał Kwintusowi czekać w atrium dużego domu, który zarekwirował Pinariusz, a sam pośpieszył na dziedziniec, gdzie zebrali się już pozostali oficerowie. Kwintus próbował nie myśleć o tym, jak ukarze go Pinariusz, zastanawiając się, kto mógł być właścicielem domu, w którym się znajdowali. Rezydencja została wybudowana przez Rzymianina lub kogoś, kogo fascynowała rzymska architektura. Dom stanowił bowiem przeciwieństwo większości dużych budynków mieszkalnych w Ennie, wznoszonych najczęściej na typowo grecką modłę: z dziedzińcem tuż przed frontowym gankiem, a nie w centralnym miejscu, tak jak woleli Rzymianie. Miał duże trudności z koncentracją. Ból głowy, który dotąd był raczej niedogodnością, teraz naprawdę rozsadzał mu czaszkę.

Bez względu na to, gdzie by stanął, maski pośmiertne przodków właściciela zdawały się wlepiać w niego martwe spojrzenia ze ścian po obu stronach lararium. Niezrażony, ale drżąc pod uderzeniami bólu głowy charakterystycznymi dla wielkiego kaca, zmówił szybką modlitwę, żeby zadowolić duchy zmarłych.

– Crespo. Oczekiwanie dobiegło końca. Odwrócił się. W drzwiach do tablinum ujrzał Coraksa.

– Tak, panie?

– Pinariusz chce cię widzieć.

– Tak jest. – Kwintus zbliżył się do centuriona. – Uwierzył, panie?

– Wydaje mi się, że tak, ale chce wszystko usłyszeć od ciebie. – Coraks spojrzał na Kwintusa i westchnął. – Dlaczego musiałeś się tak schlać? Wyglądasz fatalnie.

– Przepraszam, panie – odparł Kwintus, czerwieniejąc.

– Nie przepraszaj. Bądź przekonujący. Kwintus wiedział, że w sytuacji, w której się znajduje, nie powinien zadawać Coraksowi trudnych pytań, ale obiecał Thersitesowi, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby go ochronić. I chciał dotrzymać słowa.

– Co z gospodarzem, panie? Czy jacyś żołnierze zostaną wysłani, żeby mu pomóc?

– Być może będę musiał wysłać kilku z naszych, ale tak, dostanie ochronę – padła szorstka odpowiedź. – Jednak tylko do czasu aresztowania podejrzanych spisku.

– Dziękuję, panie. Oby to wystarczyło. Nie mógł na dłużej zmienić się w ochroniarza Thersitesa. Pinariusz czekał na nich na dziedzińcu przy szemrzącej fontannie. Dowódca garnizonu był niskim, szczupłym mężczyzną o surowym wyrazie twarzy. Kwintus nigdy wcześniej nie widział go z tak bliska, ale słyszał, że zyskał sobie reputację formalisty i pedanta. Kwintus znał Witruwiusza i Perę, ale już nie młodszego centuriona w manipule Pery ani zastępcy dowódcy w manipule Pinariusza. Czuł na sobie ciężkie spojrzenia. Tylko Witruwiusz spoglądał na niego z życzliwością. Kwintus z trudem zachowywał spokój, czując, że żołądek skręca mu się ze zdenerwowania. To jeszcze nie koniec jego kłopotów. Zatrzymali się przed Pinariuszem. Kwintus zasalutował.

– To Crespo. Żołnierz, który przyszedł do mnie z tymi wiadomościami.

– Ten kundel ciągle jeszcze wygląda tak, jakby był napruty – wycedził kpiąco Pera. Paru oficerów zareagowało na tę uwagę śmiechami, ale Pinariusz nawet nie drgnął.

– Nie ma wątpliwości, że nieźle popiłeś, hastato.

– Panie.

– Powiedziano mi, że przyszedłeś do swojego centuriona z tą wiadomością, wiedząc, że zostaniesz surowo ukarany za nieposłuszeństwo. Otrzymaliście rozkazy, żeby pozostać na kwaterach i nie odwiedzać żadnych lokali, w których można dostać alkohol.

– Zgadza się, panie – odpowiedział Kwintus, spoglądając prosto w oczy Pinariusza.

– Coraks twierdzi też, że dzień czy dwa wcześniej powstrzymaliście z towarzyszem kilku legionistów przed zgwałceniem córki gospodarza. Czy to prawda?

– Tak, panie. Pinariusz milczał. Świdrował go wzrokiem.

– Rozumiem. Albo jesteś naprawdę dobrym kłamcą, albo mówisz prawdę. Coraks to oficer pierwszego sortu i jeśli za ciebie ręczy, to mi wystarczy. Odmaszerować, żołnierzu.

– Tak jest. – Kwintus zasalutował i odwrócił się na pięcie.

– Zaczekaj na zewnątrz – rozkazał Coraks.

– Na rozkaz, panie.

– Jesteś pewien swojej decyzji, panie? – krzyknął Pera, gdy Kwintus zmierzał już w stronę korytarza. Zwolnił trochę, żeby usłyszeć jak największą część tej wymiany zdań.

– Jestem. A ty wątpisz w słowa Coraksa? – Reakcja Pinariusza była natychmiastowa.

– Oczywiście, że nie – odparł wytrącony z równowagi Pera.

– Więc sugeruję, żebyś zamilkł.

Kwintus uśmiechnął się pod nosem, ciesząc się w skrytości ducha na wzburzenie Pery. Znalazł się w atrium. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, mężczyźni wskazani przez  Thersitesa zostaną aresztowani, zanim zacznie się zgromadzenie. Dzięki temu uda się nie tylko zapobiec zajęciu miasta przez Kartagińczyków podczas jakiegoś nocnego zdradzieckiego ataku, ale istnieje duża szansa, że mieszkańcy opowiedzą się za Rzymem. Sposępniał jednak, gdy uświadomił sobie, że mimo wszystko i tak czeka go sroga kara. A głowa wciąż pulsowała od uderzeń bólu, jakby kowal obrabiał w niej na kowadle jakiś kęs żelaza.

Ostatecznie nie wszystko potoczyło się tak, jak życzyłby  sobie Pinariusz. Nikomu nie udało się znaleźć sympatyzujących z Kartagińczykami Simmiasa i Zenodorosa. Ochosa też nie było w domu, podobnie jak większości z pozostałych piętnastu mężczyzn z listy Thersitesa. Małe grupy legionistów, dopingowanych przez centurionów, przeszukiwały Ennę, ale ich wysiłki były raczej z góry skazane na niepowodzenie. Nie można było oddelegować do tego zadania większej liczby żołnierzy, żeby nie wzbudzać podejrzeń mieszkańców. Do czasu rozpoczęcia zgromadzenia na agorze zatrzymano tylko dwóch podejrzanych. Obaj zostali przetransportowani prosto do domu Pinariusza. Wieści o tym rozprzestrzeniły się po mieście lotem błyskawicy. Niedługo potem manipuł Coraksa zajął pozycję na agorze, gdzie gromadziło się coraz więcej tubylców, którzy zajęli już prawie połowę placu. Mieszkańcy Enny spozierali na nich nieprzyjaźnie, ale nikt nie obrzucał ich obelgami ani, gorzej, pociskami. Z małych uliczek wokół placu wciąż sączył się nieprzerwany strumień ludzi, co oznaczało, że nikt nie zatrzymywał się na dłużej obok legionistów. Nowo przybyli stanowili dobrą reprezentację populacji Enny. Byli to głównie ciężko pracujący w polu robotnicy i rolnicy w krótkich, zakurzonych chitonach, garncarze z ubabranymi gliną rękami, rzeźnicy w poplamionych fartuchach,  kowale o czarnych twarzach i dobrze ubrani kupcy, spoglądający na wszystkich z góry. Starcy o laskach kuśtykali powoli, utyskując na tempo marszu swoich rówieśników. Mali chłopcy kręcili się w tłumie, bawiąc się w berka, denerwując swoim zachowaniem ojców, podczas gdy ich starsi bracia i siostry krytykowały ich zachowanie. Największy ścisk panował przy schodach prowadzących do świątyni Demeter, jednej z najważniejszych bogiń na Sycylii. To miejsce kultu – wielka budowla z sześciokolumnową fasadą – znajdowało się na północnej krawędzi agory. Coraks ustawił swoich hastati wzdłuż południowej strony dużego, prostokątnego placu. Żołnierze Witruwiusza zajmowali ponad połowę wschodniej pierzei. Z kolei manipuł Pery stanął wzdłuż tej zachodniej. Bardzo szybko pojawił się goniec od Pinariusza, który, ściszywszy głos do szeptu, przekazał Coraksowi rozkazy dowódcy garnizonu. Potem goniec ruszył do Pery. Kwintus z kilkoma swoimi ludźmi znajdował się na tyle blisko, że po odejściu posłańca usłyszał rozmowę Coraksa z Witruwiuszem.

– Przed rozpoczęciem tego cholernego zgromadzenia mieli tylko chwilę na szybkie przesłuchanie. Na początku ci dwaj udawali, że o niczym nie wiedzą, ale gdy jednemu z nich przypalili palce u stóp na piecu kuchennym, wszystko wyśpiewał. Właściciel tawerny mówił prawdę.

– Czyli naprawdę zamierzali w nocy wpuścić przez bramy cuchnące guggasy?

– Na to wygląda – odparł ponuro Coraks. Hastati zareagowali pełnymi złości pomrukami, a centurion nie zrobił nic, żeby ich uciszyć.

– Gdzie reszta tych zdradzieckich dupowłazów?

– Gdzieś tu… – Coraks machnął ręką, wskazując agorę. – Nie ma szans na znalezienie tych skurwysynów w takiej ciżbie. Najświętsza fontanna w centrum agory była teraz całkowicie przysłonięta przez gęsto zbity tłum. Jakieś młokosy wdrapywały się na posągi, żeby mieć lepszy widok. Zniknęły nawet podstawy kolumn na dłuższych pierzejach prostokątnego placu, gdzie znajdowały się sklepy i biura. Stopnie schodów prowadzących do mniejszych świątyń, wzniesionych na krótszych krawędziach agory – podobnych do tej znajdującej się za plecami żołnierzy

z manipułu Coraksa – oblepiały grupy głośno i zawzięcie dyskutujących mężczyzn. Wszyscy jednak starali się trzymać jak najdalej od hastati. To zrozumiałe – uznał Kwintus. Formacje żołnierzy garnizonu miały onieśmielać i to zadanie wypełniały wyśmienicie.

– Może pokażą swoje brzydkie mordy, gdy Pinariusz zacznie przemawiać? Moglibyśmy ich wtedy aresztować – zastanawiał się głośno Witruwiusz.

– Rozpętałoby się piekło. Musimy rozegrać to delikatnie, jak powiedział Pinariusz. W przeciwnym razie sprawy wymkną się spod kontroli – mruknął Coraks. – Jeden z tych przesłuchiwanych twierdził, że niektórzy ze zwolenników wypowiedzenia lojalności Rzymowi uzbroili grupę najbardziej żarliwych przeciwników republiki. Poradzimy sobie z nimi, gdy to będzie naprawdę nieuniknione, ale może się zrobić nieprzyjemnie. Przyszły naprawdę tłumy.

– No to jaki jest plan?

– Zachować spokój. Utrzymać ludzi na pozycjach. Pinariusz może pojawić się lada chwila. Jego żołnierze rozdzielą się, żeby zabezpieczyć część wschodniej i zachodniej pierzei najbliżej świątyni Demeter. Zwróci się do mieszczan, pytając ich o to, kto powinien mieć kontrolę nad kluczami do bramy, a następnie poprosi przedstawicieli wybranych przez mieszkańców o zabranie głosu. Jeśli opowiedzą się za utrzymaniem więzów z Rzymem…

– To się nie stanie – syknął Witruwiusz.

– Masz rację. Jeśli wypowiedzą lojalność, nie robimy nic, dopóki panować będzie spokój. Gdy spotkanie dobiegnie końca, zamkniemy wszystkie ulice, wychodzące z agory. Przez dwie z nich będziemy wypuszczać ludzi. Pinariusz kazał przyprowadzić tych dwóch, którzy przyznali się do spiskowania. Ich zadaniem będzie wskazanie pozostałych drani z listy. Może uda nam się wyłapać ich jednego po drugim.

– A jeśli uznają, że to my jesteśmy wrogami? Jeśli tłum zwróci się przeciwko nam? Przysłuchujący się tej rozmowie żołnierze wyciągali szyje, aby usłyszeć odpowiedź Coraksa.

– Jeśli tak się stanie albo jeśli tubylcy zdecydują się na otwarte wystąpienie przeciwko nam, Pinariusz da nam sygnał, zaciskając pięść opartą na biodrze. W takim przypadku mamy dobyć mieczy i zaatakować.

– Rozumiem – odparł ponurym głosem Witruwiusz. – Jeśli do tego dojdzie, spełnimy nasz obowiązek.

– Na Hadesa! Mam nadzieję, że nic takiego się nie stanie – mruknął półgłosem Kwintus, zezując na Urceusza.

– Ja też. Ale rozkaz to rozkaz. W końcu to nie są Rzymianie, prawda? Ta konstatacja była przerażająca, ale prawdziwa. Hastati wykonają każdy rozkaz. On też. Coraks był jego zwierzchnikiem. Przysięgał, że będzie mu posłuszny. Nawet jeśli każe mu zabijać nieuzbrojonych cywili. Bogowie w niebiesiech, niech tylko obejdzie się bez przemocy, błagam. Czy aby na pewno postąpił mądrze, przekazując listę Thersitesa Coraksowi? Po zastanowieniu uznał jednak, że nie miał innego wyjścia. Gdyby tego nie zrobił, którejś nocy ktoś poderżnąłby gardła wielu legionistom, żołnierzom, wśród których znajdowali się również jego przyjaciele. Chrzęst nabijanych ćwiekami sandałów na kostkach bruku przyciągnął uwagę wszystkich zgromadzonych. Nadchodził Pinariusz, który wiódł swój manipuł. Światło słoneczne odbijało się od wypolerowanych blach napierśnika i hełmu, podrygiwała szkarłatna kita świeżo zafarbowanego końskiego włosia. Dowódca garnizonu robił piorunujące wrażenie. Tak samo jak jego ludzie. Kwintus dostrzegł pośród żołnierzy dwie posiniaczone, zakrwawione twarze. Z pewnością byli to pojmani spiskowcy. Po jakimś czasie jednak ktoś nałożył im na głowy stare worki i zaprowadził gdzieś na tyły, zapewne w pobliżu ulic, które miały zostać zablokowane. Pinariusz zamienił parę słów z Coraksem, a następnie, najwyraźniej licząc na onieśmielenie tubylców, pomaszerował ze swoimi legionistami prosto przez środek agory. Cichy tłum rozstępował się jak pień drzewa rozłupany przez siekierę. Pinariusz wspiął się po schodach świątyni Demeter w otoczeniu straży przybocznej, liczącej około dwudziestu ludzi. Reszta manipułu rozsypała się tyralierą na boki, dołączając do oddziałów Witruwiusza i Pery. Wszystkie cztery pierzeje agory były teraz obsadzone. Tłum zafalował.

– Jesteśmy więźniami we własnym domu – krzyknął ktoś stojący niedaleko Kwintusa.

– Nie zastraszycie nas! – zawołał ktoś inny. – Wracajcie do Rzymu! Nie tylko Kwintus zesztywniał, napinając mięśnie. Coraks przechadzał się wzdłuż szyku, zerkając chmurnie na najbliżej stojących mieszkańców Enny. Znajdujący się w odległości trzydziestu kroków Pera wydał swoim żołnierzom rozkaz uniesienia tarcz. Na ten widok żyła na szyi Coraksa zaczęła pulsować z wściekłości. Centurion od razu doskoczył do Pery. Padło kilka nieprzyjemnych słów, ale po gniewnych gestach Pera kazał swoim ludziom opuścić scuta. Gdy Coraks wrócił, ciągle wyglądał na wzburzonego.

– Niech nikt się nawet nie poruszy, jeśli nie wydam rozkazu. Jasne? – warknął.

– Tak jest, panie – odpowiedzieli zgodnym chórem hastati. Minęło trochę czasu, zanim spokojniejsze głowy w tłumie uciszyły kąpanych w gorącej wodzie krzykaczy. Zapadła nienaturalna cisza, która w każdej chwili groziła erupcją. Coraks ze swoimi ludźmi znajdował się dokładnie naprzeciw miejsca, w którym stał Pinariusz. Widzieli go, ale nie było jeszcze jasne, czy usłyszą jego słowa. Ostry dźwięk trąb przeszył powietrze. Wszystkie oczy spoczęły na Pinariuszu stojącym u szczytu schodów świątyni.

– Mieszkańcy Enny! Dziękuję, że odpowiedzieliście na wezwanie swoich liderów i przybyliście na to zgromadzenie. Pierwsze słowa zostały przyjęte gniewnymi pomrukami. Tłum znów zafalował. Ludzie pluli na ziemię, ale gesty wrogości ograniczały się tylko do tego. Na razie – pomyślał niepewnie Kwintus.

– Dzisiejsze spotkanie zostało zwołane przez waszych przedstawicieli – kontynuował Pinariusz całkiem znośną greką. Uniósł rękę, osłaniając oczy przed słońcem. – Jeśli mamy rozmawiać, muszą być obecni. Tymczasem nie widzę tutaj żadnego z nich. Gdzie są?

– Przybyliśmy na spotkanie, Pinariuszu – odezwał się ktoś z tłumu, nieco dalej po prawej stronie od Kwintusa.

– Jestem tutaj!

– I ja, Ochos, przybyłem na spotkanie.

– Simmias obecny.

– Ja też, Zenodoros! Nad tłumem wznosiły się kolejne okrzyki pół tuzina pozostałych liderów. Pinariusz się uśmiechnął.

– Podejdźcie bliżej i porozmawiajmy tutaj, gdzie wszyscy będą mogli was zobaczyć – powiedział, wskazując świątynne schody.

– Zostaniemy tu, gdzie jesteśmy, Pinariuszu. Przyprowadziłeś ze sobą cały garnizon i dwóch spośród nas skrępowanych. Tylko głupiec wtyka głowę w paszczę lwa. Tłum zamruczał gniewnie. Coraks nie przerywał swojego spaceru, cedząc cicho pod nosem:

– Spokojnie, bracia. Nic się nie dzieje. Zachować spokój. Kwintus miał nadzieję, że Witruwiusz i inni centurionowie będą brać przykład z Coraksa, a nie z Pery.

– Ci ludzie pomagają nam w śledztwie dotyczącym zniszczonego ziarna z magazynów – odparł spokojnie Pinariusz.

– Myślisz, że w to uwierzę? – Ochos nie był przekonany.

– Dlaczego nie? Gdyby nie to spotkanie, już byśmy ich uwolnili. Muszę tylko zakończyć przesłuchanie. Ale nie spotkaliśmy się tutaj, żeby rozmawiać o ziarnie. To one was tu sprowadziły, prawda? – Mówiąc te słowa, uniósł pęk długich żelaznych kluczy. Nad tłumem uniosło się przeciągłe aaah. Pinariusz podejmuje duże ryzyko. Tubylcy powinni być pod wrażeniem tego pokazu siły, ale sytuacja w każdej chwili mogła wymknąć się spod kontroli i groziła wybuchem zamieszek.

– Ja, Simmias z Enny, chcę przemówić! – krzyknął jakiś człowiek stojący w pobliżu świętej fontanny. Tłum się uspokajał.

– Pinariuszu!

– Słuchamy cię.

– Mówię wam, że my, ludzie Enny, zawarliśmy przymierze z Rzymem jako wolni ludzie. Nie byliśmy niewolnikami przekazanymi wam na przechowanie. Jeśli żądamy, aby klucze do miasta zostały nam zwrócone, waszym obowiązkiem jest przychylenie się do tej prośby. Lojalność jest najsilniejszą więzią łączącą sojuszników o uczciwych zamiarach, a lud rzymski i senat będą wdzięczni za to, że pozostaniemy ich przyjaciółmi, bo wybraliśmy taką ścieżkę dobrowolnie, a nie z przymusu. Rozległy się wiwaty. Ludzie zaczęli wykrzykiwać słowa poparcia:

– Simmias ma rację!

– Dobrze mówi!

– Oddaj nam klucze! Pinariusz pozwolił mieszczanom się wykrzyczeć, a potem uniósł ręce. Ludzie uspokajali się powoli.

– Szacowni mieszkańcy Enny! Otrzymałem te klucze od konsula Marcellusa, który wydał mi rozkaz obrony tego miasta. On zarządza Sycylią z ramienia senatu w Rzymie. Moim obowiązkiem jest ochrona Enny w imieniu Rzymu. Decyzja o tym, co zrobić z kluczami, nie należy ani do mnie, ani do was. Jedyną osobą, która może podjąć tak ważką decyzję, jest sam Marcellus. Jeśli pojawia się taka konieczność, delegacja włodarzy miasta powinna z nim porozmawiać. Jego obóz znajduje się niedaleko i mogę wam obiecać, że przyjmie ich z honorami.

– Ha! – Simmias nie był przekonany. – Wiem, jakiego rodzaju powitanie nam przygotuje.

– Dostaniesz za swoje, bo zawyżasz ceny zboża! – zawołał jakiś chudy mężczyzna w poszarpanej tunice. Spora część mieszkańców na tę uwagę wybuchnęła śmiechem. – Ja mówię: wysłać ludzi do Marcellusa!

– Tak jest! – wykrzyknął inny mężczyzna, wyglądający na niedożywionego. – Może konsul ustali cenę zboża na takim poziomie, żeby mogli pozwolić sobie na nie zwykli ludzie! Kwintus odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, jak wiele osób kiwa głowami, zgadzając się z tym pomysłem. Wprawdzie tu i tam widział na twarzach zebranych grymas niezadowolenia, ale byli oni z pewnością w mniejszości. Coraz więcej głosów dołączało do skandowania:

– Wysłać emisariuszy! Wysłać delegację!

– Oddajcie nam klucze! – Niezrażony Simmias nie chciał dać się zagłuszyć. Śmielej zaczęli odzywać się również jego stronnicy, przez co cała agora huczała od krzyków rywalizujących ze sobą grup. Pinariusz kazał swojemu sygnaliście zadąć w trąbkę. Ostre dźwięki wreszcie pozwoliły nieco uciszyć szalejący tłum.

– Zagłosujmy! – zawołał Pinariusz najgłośniej, jak potrafił, żeby przebić się przez tumult. – Ci, którzy popierają wysłanie emisariuszy do Marcellusa, niech uniosą prawe dłonie! No dalej! – Kwintus ponaglał w myślach tubylców. Jeden z mieszkańców Enny stojący tuż obok linii Rzymian uniósł rękę. Kwintus zamrugał zaskoczony, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom. Był to nie kto inny, jak Thersites. Kwintus doceniał znaczenie jego gestu. Gospodarz wiedział, czym ryzykuje, a mimo że bał się o życie, chciał oddać swój głos, aby pomóc w utrzymaniu pokoju. Przekonywał głośno otaczających go ludzi i już po chwili wielu innych wokół również uniosło ręce. Dołączyła do nich grupa po prawej stronie – ludzie stojący przed Perą i jego żołnierzami. Wydawało się, jakby w tym momencie ożywczy wiatr rozwiał ciężki całun nad agorą. Unosiło się coraz więcej rąk, całe setki. Duża liczba mieszkańców stała jednak bez ruchu, ale widać było wyraźnie, że są w mniejszości. Kwintus westchnął. Kryzys został zażegnany. Przedstawiciele mieszkańców udadzą się do Marcellusa. Prawdopodobnie nigdy do niego nie dotrą, bo Pinariusz zaaresztuje wszystkich, których nazwiska znalazły się na liście Thersitesa, ale przynajmniej odbędzie się to poza granicami miasta, w miejscu ustronnym i w tajemnicy. W tym czasie ci przywódcy, którzy zostaną w mieście, a są dobrze nastawieni do Rzymu, będą mogli rozpocząć pracę nad zmianą nastrojów tubylców. Może trzeba będzie przelać trochę krwi, ale to niewielka cena za uratowanie miasta. Kwintus czuł satysfakcję. Thersites i jego córki są bezpieczne.

– Wszyscy jesteście tchórzami! – zawołał nagle ktoś po prawej stronie od Kwintusa. Jakiś młodzieniec, który całkiem niedawno musiał osiągnąć pełnoletniość. Wyskoczył z tłumu na wolną przestrzeń między mieszczanami a oddziałem Pery. – Oddawajcie klucze! – Wołał w stronę Pery i jego hastati. – Klucze!

– Pieprzony idiota! – zasyczał Kwintus do Urceusza. Młody człowiek pogrzebał w skórzanej torbie, którą niósł na ramieniu, a po chwili wyciągnął z niej przejrzałą figę. Uniósł rękę i chciał ją rzucić, ale wtedy starszy, tęgawy mężczyzna z brodą podszedł do niego i złapał go za nadgarstek.

– Co ty u licha wyprawisz? – zapytał po grecku.

– Pokazuję tym rzymskim łajdakom, że nie wszyscy mamy zajęcze serca, ojcze! – wyrwał rękę i posłał figę w stronę szeregu żołnierzy. Owoc w mgnieniu oka pokonał krótki odcinek i trafił prosto w twarz hastatusa stojącego niecałe dziesięć kroków od Pery. I wtedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Pinariusz jeszcze się uśmiechał, widząc, że zdecydowana większość mieszkańców zagłosowała za wysłaniem emisariuszy do Marcellusa. Tęgi mężczyzna zaryczał jak wół i złapał syna w talii.

– Greckie ścierwo! – Pera poczerwieniał z wściekłości. Młodzieńcowi udało się jakimś sposobem wyciągnąć drugą figę. Jego ojciec starał się uniemożliwić rzut, ale owoc został posłany celnie. Rozbił się na napierśniku Pery.

– Oddajcie klucze!!! – wył młody człowiek. Dołączył do niego inny głos:

– Oddać klucze! Ludzie w tłumie odwracali się tyłem do Pinariusza, żeby zobaczyć, co dzieje się za ich plecami. Na twarzy Pery pojawił się grymas furii. Wyszedł przed szereg, dobył miecza i wycelował go w ojca i syna.

– Cofnijcie się! Cofnąć się, mówię!

– Rusz się! – Ojciec odepchnął syna. – Idź stąd. Młody mężczyzna opierał się i nie chciał słuchać.

– Oddajcie nam klucze, rzymskie lachociągi! – zawołał, posługując się kiepską łaciną. Pera nie odpowiedział. Kwintus mógł tylko obserwować z rosnącym przerażeniem, jak bez słowa zbliża się do młodzieńca, a po chwili stalowe ostrze jego gladiusa zagłębia się w brzuchu tubylca. Ten zdążył wydać z siebie pełen zaskoczenia okrzyk, który szybko ucichł zastąpiony bulgotem pęcherzyków powietrza.

– Nie! – Ojciec młodzieńca nie mógł uwierzyć w to, co się stało.

Pera przekręcił miecz, żeby spowodować jak największe obrażenia, po czym beznamiętnie odepchnął ciało lewą ręką. Jego ofiara zachwiała się i zrobiła krok do tyłu, jęcząc i zaciskając ręce na czerwieniejącym chitonie. Młodzieniec osunął się na kolana, a po chwili padł twarzą na ziemię.

– Przeklinam cię! Zamordowałeś go! – zawołał ojciec, wskazując palcem Perę. – Za to, że rzucił w ciebie cholerną figą?

– Cofnij się! – rozkazał Pera, sam robiąc krok naprzód. Tęgi mężczyzna cofnął się o krok, ale dalej wyrzucał z siebie oskarżenia. Łzy ciekły mu po twarzy. Jakiś młody chłopak wyskoczył z tłumu i rzucił kamieniem, który odbił się od hełmu Pery. Centurion zaklął półgłosem i skoczył do przodu. Ojciec zabitego stanął mu na drodze. Pera bez namysłu, rzucając kolejne przekleństwo, dźgnął go prosto w pierś. Gdy wyszarpnął miecz, z rany trysnęła krew. Mężczyzna zwalił się na ziemię bez słowa, opadając na ciało dogorywającego syna. Powietrze zawibrowało od niskiego, pulsującego pomruku wściekłości. Mogło się wydawać, że wszyscy ludzie zgromadzeni w pobliżu Pery obrócili się w jego kierunku w tym samym czasie, jakby byli jednym organizmem. Ci, którzy znajdowali się przed centurią Coraksa, również od razu zwrócili się przeciwko żołnierzom. Pera wycofał się za bezpieczną linię swoich ludzi.

– Szyk zwarty! – ryknął.

– Słyszeliście centuriona Perę! – Coraks reagował szybko. – ZEWRZEĆ SZYK! Tarcze żołnierzy uniosły się w wyćwiczonym, idealnie zsynchronizowanym ruchu.

– Utrzymać pozycję! – Coraks wydał kolejny rozkaz, który miał dotyczyć również ludzi Pery.

– Oddać klucze! Oddać klucze! Oddać klucze! – krzyk stawał się coraz głośniejszy, aż w ograniczonej przestrzeni agory rezonował niczym grzmot burzy. Strach rozcapierzył pazury, ściskając brzuch Kwintusa. Ból głowy zniknął, jak ręką odjął, umysł zdominowała jedna myśl: dobyć miecza. Taką samą tęsknotę widział wymalowaną na twarzach swoich towarzyszy. Rozkaz nie padł. Pera, co ciekawe, również zachowywał się teraz nad wyraz wstrzemięźliwie. Nad głowami skandującego wściekłego tłumu Kwintus widział Pinariusza, który bezskutecznie próbował uspokoić mieszkańców.

– Oddać klucze! – Jakiś młodzieniec, może równolatek i towarzysz tego, który rzucał figami, stanął przy ciałach ojca i syna. – Klucze, wy mordercze bękarty! Bez ostrzeżenia rzucił kamieniem, celując w Perę. Centurion schował się za tarczą, chociaż odłamek kostki brukowej przeleciał mu tuż nad głową i zniknął. Wtedy wystrzelił przed szereg, zwinny i szybki niczym atakujący wąż. Złapał oszczep jednego z żołnierzy. Rzucił. Z tak niewielkiej odległości nie mógł nie trafić. Młodzieniec zwalił się na ziemię z przebitą na wylot klatką piersiową. Tłum zafalował, jakby pęczniejąc z wściekłości.

– Ty głupcze! – zaklął pod nosem Kwintus. Trzy, siedem, tuzin kamieni poleciało w kierunku centurii Pery. I wtedy zdawało się, że pęka jakaś tama. Powietrze pociemniało od pocisków. Legioniści nie potrzebowali rozkazu, który jednak padł we właściwym momencie.

– TARCZE W GÓRĘ! Teraz obrzucani byli już wszyscy Rzymianie na agorze. Warzywami, kamieniami, kawałkami rozbitej ceramiki, popękanymi dachówkami. Mattheus padł na ziemię, trafiony czymś, co musiało być pociskiem z procy. Kwintus ryknął gniewnie. Jego zaskoczeni towarzysze również zareagowali z wściekłością. Urce usz, który stał najbliżej niego, zaczął wołać:

– Mattheus! Mattheus? Nie doczekał się odpowiedzi. Kwintus wciąż miał nadzieję, że Mattheus został tylko ranny i leży nieprzytomny, ale kiedy Urceusz się wyprostował i tylko potrząsnął głową, nie mógł mieć wątpliwości.

– Ma dziurę na czole – stwierdził nieobecnym głosem, a po chwili zawołał: – Skurwysyny! Kwintus ostrożnie zerknął na agorę ponad krawędzią tarczy. To wina Pery! – chciał krzyczeć. Mattheus nie żyje i to wszystko przez tego drania! Jednak Pinariusz nie mógł go usłyszeć. Nawet gdyby mógł, niczego by to nie zmieniło. Rozlew krwi był nieunikniony i chociaż oznaczał śmierć wielu niewinnych, jakaś część Kwintusa cieszyła się na to. Mattheus zginął i ktoś musiał za to zapłacić. Dowódca garnizonu wspiął się na szczyt schodów świątyni. Jego trębacz stał obok z instrumentem przyklejonym do ust. Jedno słowo Pinariusza, a sygnalista zagrał kilka dźwięków. Sygnał do ataku. W tej samej chwili Pinariusz zacisnął prawą pięść opartą na boku i wykrzyczał jakieś słowa, które przepadły jednak w ogólnym tumulcie. Coraks był gotowy.

– GOTUJ OSZCZEPY! – Jego rozkaz powtórzono w rzędach po lewej i prawej stronie. – CELOWAĆ NISKO! Rozwścieczeni legioniści cofnęli się o krok i posłali swoje pociski po płaskiej trajektorii. Kwintus wykonywał rozkazy automatycznie, tak jak go szkolono. Na tym niewielkim dystansie zsynchronizowana fala oszczepów okazała się morderczo skuteczna. Rzucali zresztą w gęsty tłum. Na pokonanie odległości piętnastu lub dwudziestu kroków potrzebowały zaledwie kilku uderzeń serca. Trafiały bezbłędnie w cele przy wtórze miękkich, głuchych odgłosów. Mieszkańcy nie mieli zbroi ani tarcz, które mogłyby ich ochronić. Ginęli całymi setkami. Szkarłatne kwiaty rozkwitły na pokrytych pyłem chitonach i czystych białych szatach mieszkańców – przedstawicieli klasy pracującej i lokalnych arystokratów, którzy ginęli tak samo jak zwykli robotnicy. Okrzyk „oddać klucze” zmienił się w falę cierpienia, jęki rannych i pełne żalu zawodzenia tych, których przyjaciele lub bliscy zostali trafieni. W stronę Rzymian poleciało trochę kamieni i odzyskanych pila, ale ten ostrzał nie zrobił na legionistach wielkiego wrażenia.

– DRUGA SERIA! GOTUJ! CELOWAĆ NISKO. RZUĆ! – wydawał już kolejne rozkazy Coraks. Druga fala oszczepów wzbiła się w powietrze i opadła kaskadą na niemal bezbronnych mieszczan, siejąc śmierć. Padali starzy i młodzi, kaleki i zdrowi. Niezależnie od tego, czy wykrzykiwali jakieś słowa sprzeciwu, czy błagali o litość, wszyscy zostali ścięci niczym pszenica pod ostrzem sierpa.

Oficerowie wydawali kolejne, dobrze znane im rozkazy z serii: miecze w dłoń, utrzymać zwartą formację, a wreszcie „naprzód!”. Kwintus wykonywał rozkazy jak w amoku. Tak jak wiele razy wcześniej wyczuwał towarzyszy po obu stronach, dotyk krawędzi tarczy na podbródku, rękojeści miecza. To uspokajało. Gdzieś w głowie kołatała się myśl, że nie walczą z wrogimi żołnierzami, lecz z cywilami, ale zniknęła pod ciężarem strachu, pragnienia pomszczenia Mattheusa i wolą przetrwania.

– Mordercy! – Kwintus do tej pory nie widział Simmiasa, handlarza zbożem, ale rozpoznał jego charakterystyczny głos. Przysadzisty mężczyzna o wielkich jak węzły grubych sznurów ramionach wyglądał bardziej na rolnika, pracownika polowego, którym dawniej rzeczywiście był, zanim zorientował się, że większe przychody przynosi skupowanie i sprzedawanie zboża. Zniknął sztuczny uśmiech, który wcześniej nie schodził z jego twarzy. W tej chwili poczerwieniała z wściekłości. W pokrytej plamami krwi tunice wyglądał jak demon zemsty. Lewe przedramię owinął jakimiś szmatami, które miały pełnić rolę osłony. Miecz ściskał w prawej dłoni. Tuż za nim stało co najmniej dziesięciu podobnie uzbrojonych mężczyzn. Tłum zareagował na ich przybycie głośnymi, dopingującymi okrzykami. Simmias wskazał sztychem miecza linię legionistów. – Oni wszyscy są zwykłymi szumowinami, zbrodniarzami mordującymi naszych braci! W gardłach mieszczan rodził się niespokojny, dudniący warkot gniewu.

– Uzbrójcie się, mężowie Enny. Wykorzystajcie oszczepy wbite w ciała waszych braci – nawoływał Simmias. – ZABIĆ RZYMIAN!

– Naprzód! – Coraks przejął inicjatywę. – Wbijcie tych kozojebców w ziemię. Wszystkich! W przeciwnym razie zrobią to z nami. Zdezorganizowana, pulsująca i wijąca się masa tłumu toczyła się kierunku hastati Coraksa. Kwintus w głębi duszy czuł zadowolenie, że Simmias zebrał swoich towarzyszy i poprowadził ich do ataku. Może i znajdowali się w mieście, toczyli zawsze trudne walki uliczne z mieszczanami, ale teraz to przynajmniej przypominało normalną wojnę. Łatwiej mu było sobie z tym poradzić.

Jakiś mężczyzna w fartuchu kowala rzucił się na Kwintusa, trzymając pilum obiema dłońmi niczym ciężki harpun. Kwintus przygotował się na uderzenie. Zebrał się w sobie. Oszczep przebił tarczę i ześlizgnął się po kolczudze. Impet uderzenia sprawił, że kowal stracił równowagę i runął do przodu, opadając na scutum Kwintusa. Był tak blisko, że Kwintus mógł poczuć zapach czosnku w jego oddechu i dostrzec błysk zaskoczenia w oczach kowala, gdy ostrze gladiusa weszło głęboko w jego trzewia. Taka rana pewnie powaliłaby większość zwykłych ludzi, ale kowal miał posturę byka. Z potężnym rykiem szarpnął za oszczep tak mocno, że wyrwał go z tarczy. Gdy spoglądali sobie w oczy ponad żelazną krawędzią, czas się zatrzymał. Obaj dyszeli: kowal wciągał powietrze ze świstem i widocznym bólem malującym się na jego twarzy. Kwintus czuł w żyłach szał bitewny. Nie było mowy o wycofaniu miecza i kolejnym zamachu, więc Kwintus przekręcił nadgarstek. Brutalnie, z całą siłą, na jaką go było stać. Kowal jęknął z bólu. Jego prawa ręka opadła bezwładnie. Kwintus wreszcie wyrwał miecz i zadał dwa krótkie, kąśliwe ciosy, tym razem nie tak głębokie. Mężczyzna zwalił się na ziemię, krzycząc jak dziecko zbyt szybko odjęte od piersi karmiącej matki. Kwintus czuł podświadomie, że jego towarzysze po obu stronach również ciężko walczą o życie. Krzyki, przekleństwa, jęki pełne udręki i szczęk żelaza uderzającego o żelazo dzwoniły mu w uszach. Umierającego kowala zastąpił mężczyzna z siekierą. Zamachnął się z góry, celując w głowę Kwintusa. Gdyby cios dotarł celu, ostrze rozłupałoby hełm Kwintusa na dwie części, a wraz z nim również jego czaszkę, ale na szczęście udało mu się sparować cios tarczą. Od potężnego uderzenia poczuł mrowienie w całym ramieniu. Rozległ się głośny trzask rozszczepianego drewna. Kwintus nie zwracał na to uwagi. Zerknął na cel nad krawędzią tarczy i wraził miecz głęboko pod pachę mężczyzny. Mężczyzna był martwy – duże naczynia krwionośne w jego klatce piersiowej zostały pocięte na wstążki – jeszcze zanim Kwintus uwolnił sztych. I ten przeciwnik osunął się na ziemię z szeroko otwartymi ustami, z których ściekała różowa piana. Opadł na ciało kowala. Jego topór wciąż tkwił w scutum Kwintusa.

W tym czasie hastati po bokach przesunęli się kilka kroków do przodu. Przed nim nie było nikogo, z kim musiałby podjąć walkę, dlatego cofnął się, uprzednio zawoławszy do towarzyszy, aby zwarli przed nim szyk. Musiał chwilę odsapnąć. Ziemia pod stopami była pokryta zabitymi, nie chciał chować miecza do pochwy, więc wbił go w jakieś ciało. Pionowo. Tak, żeby w każdej chwili móc za niego chwycić, jeśli będzie taka potrzeba. Otarł pot z czoła i zabrał się za wyciąganie topora z popękanej tarczy. Scutum nie wyglądała najlepiej, ale wytrzyma do zakończenia bitwy. Bitwy? Raczej rzezi – poprawił się w myślach. Urceusz właśnie uśmiercił Simmiasa. Większość towarzyszy jednego z przywódców społeczności Enny zniknęła. Zginęli lub wycofali się ranni. Pozostali mieszczanie nie byli wojownikami. Oszołomieni skalą strat rzucili się do ucieczki. Byli uwięzieni niczym ławica tuńczyka w sieci rybaka. Hastati ścigali ich, dopingując towarzyszy okrzykami. Kwintus uznał, że powinien do nich dołączyć, zanim jego serce przestanie bić, a rozsądek zacznie brać górę nad szałem bitewnym. Tego, co trzeba było teraz zrobić, nie mógł ot tak sobie odsunąć od siebie. Tymczasem odezwało się jego sumienie. Krzyczało: Thersites! On tu jest! Powrócił rozsądek, a przynajmniej jakaś jego część. Tylko że nic nie mógł zrobić! Nie mógł powstrzymać tego festiwalu śmierci. Nie potrafił odnaleźć Thersitesa i odprowadzić go w bezpieczne miejsce. Jakiś czas później Kwintus wspominał te chwile jako najgorsze, najbardziej przerażające doświadczenie od czasu wstąpienia do armii. Wśród towarzyszy i innych legionistów zatracił się w szaleństwie. Ważne było zabijanie, coś, w czym byli ekspertami. W zamkniętej przestrzeni ścierali się z nieuzbrojonymi cywilami. I wykorzystywali swoje umiejętności z przerażającym skutkiem. Gdy walka dobiegnie końca, jedynymi żywymi istotami w tym miejscu będą Rzymianie. Gdy zabrakło tych, którzy mogli walczyć, mieszczanie przepychali się i odsuwali, byle dalej od głodnych ostrzy legionistów. Szarpali się, kopali, tratowali najsłabszych i wzywali swoich bogów, prosząc ich o pomoc. W niczym im to nie pomagało. Kwintus, jego towarzysze i reszta garnizonu zamknęli ich w kordonie śmierci zakrzywionych drewnianych tarcz i ostrego metalu. Otoczeni płotem tarcz mieszczanie próbowali ujść, odwracając się plecami do atakujących. Byli łatwymi celami. Każdy, kto nie zginął na miejscu, mógł zostać dobity przez kolejny szereg nieustannie prących do przodu legionistów. Ci nieliczni, którzy postanowili spojrzeć śmierci w oczy, ginęli równie szybko. Umierali, błagając żołnierzy o litość, przekonując, że są wiernymi sojusznikami Rzymu, że mają żony i dzieci. Ginęli od mieczy przeszywających klatki piersiowe, brzuchy, szyje, tracili ręce, nogi, a czasem głowy. Krew tryskała na wszystkie strony, barwiąc tak żywych, jak i zabitych. W końcu ręce legionistów pokryły się krwią aż do łokci, twarze mieli umorusane szkarłatem, a na tarczach nie dało się dostrzec znaków manipułów pod warstwą lśniącej, szkarłatnej powłoki. W którymś momencie Kwintus próbował rozluźnić zdrętwiałe palce dłoni zaciśniętej na mieczu, stwierdził jednak, że nie może nic zrobić, pokryła się bowiem kleistą, twardniejącą już warstwą krwi. Wzruszył tylko ramionami. Zabijał dalej. Jego towarzysze także uwijali się w szale, nie zwracając uwagi na swój wygląd. Musieli widzieć, więc ocierali tylko krew z oczu. Każdy, kto znalazł się w zasięgu ostrzy ich mieczy, stawał się zwierzyną. Gdy rzeź na agorze dobiegła końca, hastati rozbiegli się po ulicach, wyjąc jak dzikie psy. Oficerowie ich nie powstrzymywali. Właściwie niektórzy nawet zachęcali gestami do dokończenia dzieła zniszczenia. Kwintus już miał ruszyć z towarzyszami, gdy zobaczył z bliska, jak dwóch hastati goni chłopca, który nie mógł mieć więcej niż dziesięć lat. Chłopak wrzeszczał i zawodził, wirował i wywijał kończynami, próbując ujść z życiem. Przez cały czas jednak krwawił. Krwawił niczym świnia podczas uboju. Kwintus stanął jak wryty, chłonąc wszystkimi zmysłami ten przerażający spektakl. Thersites jest martwy. Musi już przecież nie żyć. A co z jego córkami? Zakręciło mu się w głowie. Śmierć właściciela tawerny była dla Kwintusa wystarczającym ciężarem na sumieniu, ale nie mógł dopuścić do tego, aby jego los podzieliły niewinne dziewczęta. Odrzucił popękaną tarczę i popędził w stronę Pełni Księżyca. Rzeź trwała w najlepsze, przetaczając się przez całą Ennę. Na każdej ulicy, w każdym zaułku słychać było odgłosy dudniących od kopnięć drzwi i krzyki mieszkańców oraz prośby o litość, zbyt często brutalnie przerywane. Wszędzie leżały okaleczone ciała. Niewolnik, który upuścił kosz z chlebem i warzywami; starzec z prowizoryczną kulą, mała dziewczynka, która w jednej ręce wciąż ściskała lalkę – zwykli, szarzy ludzie, którzy zajmowali się swoimi sprawami, gdy upomniała się o nich śmierć. Kwintus ujrzał czwórkę legionistów wyżywających się na starszej kobiecie, która musiała być w wieku jego matki. Złapali ją i zerwali z niej ubranie, a potem, zaśmiewając się do rozpuku, kazali jej uciekać nago. Gdy odmówiła, płazowali ją mieczami, dopóki nie zaczęła wykonywać ich poleceń. Kwintus odwrócił wzrok i pobiegł dalej, modląc się, aby kobiecie dana była łaska szybkiej śmierci, choć wiedział, że legioniści mieli co do niej zupełnie inne plany. Kilka kroków dalej natknął się na nowy horror. Kobieta mniej więcej w wieku Aurelii rzuciła się z dachu trzypiętrowego budynku. Wolała taką śmierć niż męki i gwałt, co szykowała jej zapewne grupa hastati. Gdy spadła na ziemię, łamiąc kark, żołnierze wychylili się przez okno i wołali do Kwintusa: „Możesz mieć ją pierwszy!”. Zrobiło mu się niedobrze. Nie odpowiedział. Spuścił głowę i zaczął szybciej biec. Gdy jednak znalazł się pod drzwiami tawerny, stracił wszelką nadzieję. Drzwi były uchylone, a ze środka dobiegały wrzaski oraz odgłosy rozbijanej ceramiki. Kwintus od razu pożałował, że nie ma z nim Urceusza. Musiał wziąć głęboki oddech i się uspokoić. Teraz powinien dwa razy zastanowić się nad tym, co zrobi, jeśli nie chce sam skończyć w kałuży krwi na podłodze gospody, tak jak wielu niewinnych ludzi w całym mieście. Plądrujący miasto żołnierze nie przejmowali się za bardzo tym, kto staje się ich ofiarą. Czuwaj nade mną, Wielki Marsie! Zacisnął mocniej palce na głowni gladiusa. Wszedł do środka.

 

W głównej sali tawerny paliło się tylko kilka lamp oliwnych. Pomieszczenie wydawało się puste, ale Kwintus nie mógł jeszcze odetchnąć z ulgą. Po kilku krokach natknął się na jedną z córek Thersitesa. Leżała na plecach przed ladą. W niewielkiej odległości od sztywnych palców jej dłoni znajdował się zardzewiały młotek. Podłoga wokół jej ciała była śliska od krwi. Kwintus zbliżył się do niej na palcach. Dziewczyna była młodsza od Aurelii. Przyjrzał się jej uważniej, a to, co zobaczył, sprawiło, że znów zaczęło zbierać mu się na wymioty. Dziewczyna miała podcięte gardło. Przynajmniej umarła, zanim napastnicy zdążyli ją zgwałcić. Nie można było powiedzieć tego samego o drugiej córce Thersitesa, zakładając, że to właśnie ona wołała o pomoc. Pisk pełen cierpienia i przerażenia dobiegał zza kontuaru. Kwintus przeszedł nad ciałem najstarszej córki, czując mdłości na myśl o tym, co za chwilę zobaczy. Dziewczyny nie było w pierwszym pomieszczeniu – które musiało być magazynkiem – gdzie bawiło kilku  hastati. Jedni kręcili się wzdłuż stojaków z winem, rozbijając szyjki amfor. Kucali z otwartymi ustami pod strumieniami wina. Trunek lał się tak obficie, że nie można było pić, nie dławiąc się. Wszyscy byli cali mokrzy, co zdawało się bawić ich jeszcze bardziej. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na Kwintusa, który przedostał się chyłkiem do kolejnego pomieszczenia. Widząc wiszące u powały garnki i patelnie, piekarnik i stół roboczy, wnioskował, że znalazł się w kuchni. Pod przeciwległą ścianą kilku hastati wlepiało wzrok w gołe pośladki jednego z towarzyszy. Pod nim Kwintus widział nogi dziewczyny. Kwintus przygotowywał się już w myślach, że przyjdzie mu przelać rzymską krew. Skradał się powoli, ostrożnie stawiając stopy, żeby nie zdradził go odgłos podkutych sandałów.

– Ty głupia suko! Masz za swoje! – warknął żołnierz leżący na podłodze. Miękki dźwięk, a potem odgłos dławienia, jakby gardło wypełniała krew. Nie można było tego z niczym pomylić. Kwintus miał już przerażającą pewność, że przybył za późno.

– Hej! – Krzyknął jeden z uczestników tego makabrycznego spektaklu. – Teraz była moja kolej.

– Możesz ją przelecieć. Jeszcze jest ciepła! – Żołnierz zarechotał obleśnie, wycierając sztylet w sukienkę dziewczyny. Po chwili schował go do pochwy. Wstał, nieświadomy obecności Kwintusa za plecami.

– To nie byłby pierwszy raz, jak się tak zabawisz – dodał inny hastatus. Zaśmiali się wszyscy żołnierze poza tym, który protestował. Kwintus przełknął podchodzącą mu do przełyku żółć. Jakaś jego część mówiła mu, że powinien rzucić się na hastati z mieczem. Górę wziął jednak rozsądek. Zginie, bo w gospodzie było co najmniej dziesięciu żołnierzy. A jego śmierć nie przywróci

życia Thersitesa ani jego nieszczęsnych córek. Opuściwszy ramię z mieczem, zawołał:

– Ho! Bracia! Co tu mamy? Wszyscy legioniści odwrócili się w tym samym momencie, ale gdy zorientowali się, że jest jednym z nich, z ich twarzy szybko zniknął cień niepewności.

– Jesteś jednym z chłopców Pery, prawda? – zapytał hastatus ze sztyletem.

– Nie. Od Coraksa.

– Jeśli przyszedłeś po cipkę, to się spóźniłeś, człowieku. – Parsknięcie. – Ale w magazynie jest mnóstwo wina. Myślę, że możemy się z tobą podzielić, nawet jeśli nie jesteś jednym z naszych. Co myślicie, chłopaki? Hastati poparli prowodyra głośnymi okrzykami:

– Wina! Wina! Zanim legioniści powiedli go do magazynu, mignęły mu przed oczami nagie, pokryte plamami krwi rozrzucone nogi i ręce. Kłuło go serce. Nie mógł jednak otwarcie okazywać emocji. Został w magazynie jakiś czas, żeby uniknąć podejrzeń, popijając wino z nowymi towarzyszami. Łudził się, że utopi w nim obrazy tego, co zobaczył tego dnia. Kilka razy wylał trochę trunku na podłogę. Wyglądało to na przypadek, ale za każdym razem Kwintus poświęcał libację bogom czczonym przez Greków, takich jak Thersites i jego rodzina.

 

Przyjmij ich dusze w zaświatach – modlił się w myślach – bo nie byli niczemu winni. Zostawił hastati obiecujących mu wieczną przyjaźń. Musiał się postarać, aby brzmieć przekonująco. Na ulicy był świadkiem kolejnych scen jak z horroru. Walczył teraz z wyrzutami sumienia, że przyczynił się do tego, co stało się na agorze. Nie na początku, gdy hastati zostali zaatakowani, ale potem, gdy walka zmieniła się w rzeź. Temu można było zaradzić. Ba! Trzeba było tego uniknąć. Nagle Kwintus poczuł, że musi porozmawiać z Coraksem. Centurion powinien wiedzieć, że to zachowanie Pery sprowokowało mieszkańców do ataku. Gdyby nie on, pomyślał z mieszaniną wściekłości i smutku, Mattheus, Thersites i jego rodzina nie zginęliby. Podobnie jak setki, jeśli nie tysiące mieszkańców miasta. Szukał centuriona. Coraks mógłby przekonać Pinariusza, że jeden z oficerów garnizonu jest odpowiedzialny za tę rzekę krwi, która została przelana. Co stanie się później? Nie wiedział, ale nie mógł sobie wyobrazić, że będzie bezczynnie stał z boku. Nie musiał długo szukać. Coraks dyskutował o czymś zawzięcie z Pinariuszem i innymi centurionami na schodach świątyni Demeter, wysoko ponad stosami ciał na agorze. Nie mógł ot tak podejść do niego przy Perze i Pinariuszu, więc postanowił, że najpierw wykona niewdzięczną pracę. Musiał odnaleźć ciało Thersitesa. Miał tylko mgliste wspomnienie tego, gdzie ostatnio widział właściciela tawerny. W tym czasie żołnierze zajmowali się już przeszukiwaniem zmarłych, więc to, że kręcił się wśród trupów, nie wzbudziło podejrzeń. Miał do wykonania naprawdę trudne zadanie. Niektórzy z mieszkańców, kiedy Kwintus obracał ich ciała, żeby zobaczyć twarze, wciąż jeszcze żyli. Zalani krwią, okaleczeni lub z pętlami połyskujących jelit wypływających z brzuchów, jęczeli, płakali i błagali o pomoc lub o skrócenie cierpień. Żołnierze pomagali w ten sposób ciężko rannym towarzyszom, kiedy było to konieczne, ale w tym przypadku Kwintus nie potrafił się zmusić do dobijania rannych. Okrucieństwo tego, czego się dopuścili, za bardzo obciążało jego sumienie. Wysłanie kolejnych niewinnych dusz do Hadesu po prostu nie mieściło mu się w głowie. Odwracał wzrok i szedł dalej. Gdy znalazł Thersitesa, niemal odetchnął z ulgą, zorientowawszy się, że gospodarz nie żyje. Właściciel tawerny zginął szybko. Od jednego śmiertelnego ciosu w pierś. Małe pocieszenie – pomyślał Kwintus ze smutkiem – że nie wiedział, co stało się z jego córkami. Chciał go jakoś przeprosić, ale żadne słowa nie przychodziły mu do głowy. To było daremne. Thersitesa już nie było. Pogrążony w myślach nie zauważył postaci, która bezgłośnie uniosła się ze stosu za jego plecami.

– Rzymski śmieć. Morderca! Ktoś chwycił go za prawe ramię. W tym samym momencie poczuł ból pleców. Usłyszał dźwięk metalu, gdy pierścienie jego kolczugi zostały wystawione na próbę. Po chwili wszystkie jego zmysły zarejestrowały oślepiający ból, który przeszył całe ciało. Krzyknął i uskoczył o krok, chwytając za miecz. Chciał odwrócić się i stanąć twarzą w twarz z napastnikiem. Niestety, uderzenie w podbródek sprawiło, że przewrócił się na plecy. Leżał bezradny, wpatrując się w stojącego nad nim chudego mężczyznę ze świeżą raną na twarzy. Napastnik zaciskał w dłoni nóż o długim ostrzu.

– Przynajmniej jednego z was zabiorę ze sobą do Hadesu! – Schylił się i podniósł gladius. – Zabiję cię twoją bronią. To dobra śmierć. Kwintus wierzgał nogami, próbując trafić napastnika sandałem, ale ciała pod stopami nie dawały mu swobody ruchów. Zamknął oczy. Zrezygnowany czekał już tylko na śmierć. To koniec. Jednak śmiertelny cios nie padł. Kwintus otworzył oczy i ze zdumieniem zorientował się, że napastnik obala się na bok z pilum zagłębionym w piersi. Zerwał się na równe nogi zdezorientowany. Ujrzał Perę, który patrzył w jego kierunku z odległości około dwudziestu kroków.

– Myślałem, że taki weteran jak ty potrafi lepiej zadbać o swoje bezpieczeństwo – parsknął Pera. Miał rację. Kwintus oblał się szkarłatem. – Jesteś ranny? Kwintus położył dłoń na plecach i sprawdził stan kolczugi. Ignorując lodowe sztylety bólu, badał ręką kolczugę na plecach.

 

Na palcach zostało trochę krwi, ale zbyt mało, żeby rana mogła być poważna. Dziura w kolczudze była niewielka, co oznaczało, że przeszedł przez nią tylko czubek noża.

– Nie, panie, to nic takiego. – Tak bliskie spotkanie ze śmiercią sprawiło, że przez chwilę zupełnie nie myślał o tym, że w porównaniu z centurionem jest nikim. – Myślałem, panie, że wolałbyś widzieć mnie martwym.

– Chociaż nic dla mnie nie znaczysz, to jednak jesteś Rzymianinem. To więcej, niż można powiedzieć o tym szczurze kanałowym, który próbował cię zabić. Pera nic więcej nie powiedział. Odszedł, rzucając mu jeszcze spojrzenie, które mówiło, że wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby to on znalazł się na miejscu napastnika. Oszołomiony Kwintus pokuśtykał w stronę otoczonego kolumnami rynku. Ucieszył go widok Urceusza, który gasił pragnienie winem z bukłaka. Przyjaciel pomógł mu zdjąć kolczugę.

– Aj tam! To tylko draśnięcie – uspokoił go Urceusz, przyjrzawszy się ranie. – Odrobina acetum i lekki opatrunek wystarczą. Ostrze musiało być tępe albo ten, kto cię zaatakował, nie miał zbyt dużo sił.

– Był chudy, to na pewno – odparł Kwintus z ulgą.

– Fortuna uśmiechnęła się dziś do ciebie nie raz, ale dwa razy. Gdyby ostrze weszło tu, gdzie dotykam, dostałbyś krwotoku wewnętrznego i wykrwawiłbyś się na śmierć albo ja nie znam się na ranach. A potem ten sukinsyn Pera ratuje ci życie! No cóż…

– Daj mi wina… – Kwintus wyciągnął rękę. Nagle poczuł się bardzo spragniony. Pili przez jakiś czas w milczeniu, jakby nieświadomi rzezi, której dowody ich otaczały. Wciąż jeszcze siedzieli pod kolumną, gdy pojawił się Coraks w towarzystwie Witruwiusza. Centurion zwolnił na ich widok, a na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech.

– Powinienem był wiedzieć, że wy dwaj bez problemu znajdziecie wino i nie będziecie musieli daleko szukać! Dobre?

– Ujdzie, panie – odpowiedział Urceusz. Przyjaciele podnieśli się z trudem z ziemi i próbowali zasalutować. – Masz ochotę, panie? – Urceusz spojrzał na Witruwiusza. – Może ty, panie?

Coraks wyciągnął rękę.

– Spróbuję. Gardło mnie piecze z pragnienia. – Podzielił się z Witruwiuszem i opróżnili bukłak. – Masz rację, całkiem  znośne. Lepiej znajdźcie sobie więcej, co?

– Z tym mimo wszystko nie będzie problemu. – Witruwiusz mrugnął do nich porozumiewawczo. Kwintus uznał, że nie będzie miał lepszej okazji, żeby powiedzieć Coraksowi, co mu leży na wątrobie.

– Panie?

– Tak?

– W związku z tym, co się tu dzisiaj stało…

– To chyba jasne, co się stało… – Coraks zmarszczył brwi.

– Nie jestem tego taki pewien, panie. Pinariusz chciał głosowania w sprawie wysłania emisariuszy do konsula Marcellusa. Większość mieszkańców zagłosowała „za”. Byli spokojni, a nie agresywni. Jakiś głupiec rzucił figą w centuriona Perę, to prawda, ale na tym etapie nic złego się nie działo.

– Mów dalej… – Coraks zacisnął usta.

– Nastroje w tłumie zmieniło zabicie przez Perę tego mężczyzny, który w niego rzucił figą, panie. Gdyby tego nie zrobił, myślę, że mieszkańcy rozeszliby się spokojnie do domów. – Kwintus zawahał się, zanim dodał: – Rozlewu krwi można było uniknąć,  panie. Zapadła cisza. Urceusz spoglądał prosto przed siebie, nie zdradzając emocji. Skóra na twarzy Coraksa niepokojąco pociemniała. Witruwiusz patrzył na niego nieco skonsternowany. Cisza zdawała ciągnąć się w nieskończoność. Kwintus zaczął czuć się nieswojo.

– Gdyby te słowa wypowiedział ktoś inny, a nie jeden z moich weteranów, kazałbym go pobić do nieprzytomności. Albo od razu zrzucić ze skał. – Coraks przerwał i dodał: – Pera właśnie opowiedział mi, jak dałeś się zaskoczyć przez tubylca udającego martwego. Mówił, że zdechłbyś marnie, gdyby nie on. Czy to prawda? Szlag! Nie spodziewał się, że Pera tak szybko pochwali się Coraksowi swoim dokonaniem.

– Tak, panie – mruknął niechętnie.

– A mimo to go oskarżasz? – Poważny ton głosu Coraksa dawał wiele do myślenia.

Kwintus z trudem wytrzymywał jego świdrujące spojrzenie.

– Tak, panie.

– Jako że rozmawiam z tobą, Crespo, a nie z pierwszym lepszym legionistą, to ci odpowiem. Nie interesuje mnie to, co działo się wcześniej. Pinariusz też nie jest tym zainteresowany, a jak podejrzewam, konsul Marcellus również ma to gdzieś. Zwłaszcza że chodzi o relację kogoś takiego, jak ty. Dzisiaj centurion Pera pomógł spacyfikować tłum zbuntowanych mieszkańców miasta, którzy gotowi byli sprzedać nas guggasom. To tyle w tym temacie. – Kwintus poczuł się głupio. Gorzej, czuł lęk. – Nigdy więcej nie chcę o tym słyszeć, Crespo.

– Tak jest, panie.

– A teraz zjeżdżaj stąd. Ty też, Dzban. Kwintus wziął nogi za pas, aby czym prędzej zejść oficerom z oczu.

– Czasami zastanawiam się, czy na pewno masz równo pod sufitem – syknął przez zaciśnięte zęby Urceusz, gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu Coraksa. – Zdecydowanie nie lubię Pery. Coraks pewnie też. Ale żeby krytykować go tak otwarcie? Mógł zareagować tylko w jeden sposób.

– Wiem… – odparł Kwintus z westchnieniem.

– Miałeś szczęście, że był w dobrym nastroju. Lepiej, żebyś teraz przez jakiś czas się nie wychylał. Postaraj się zapomnieć o Perze i o tym, co się dzisiaj stało.

Źródła wykorzystane

IMPERIUM ROMANUM potrzebuje Twojego wsparcia!

Aby portal mógł istnieć i się dalej rozwijać potrzebne jest finansowe wsparcie. Nawet najmniejsze kwoty pozwolą mi opłacić dalsze poprawki, ulepszenia na stronie oraz serwer. Wierzę w to, że będę mógł liczyć na szersze wsparcie, które pozwoli mi jeszcze bardziej poświęcić się mojej pracy i pasji, maksymalnie usprawniać stronę oraz ukazywać świat antycznych Rzymian w interesującej formie.

Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!

Co nowego w świecie antycznych Rzymian?

Jeżeli chcesz być na bieżąco z nowościami na portalu oraz odkryciami ze świata antycznego Rzymu, zapisz się do newslettera.

Zapisz się do newslettera!